Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl
MARIAMaria straciła pracę w tej firmie w 2007 roku. Przedtem straciła zdrowie. - Załamałam się - mówi. - Zaczęłam się leczyć, rozpadła mi się rodzina.
Uciekła z Warszawy i zamieszkała na wsi. Żyje z 1000 zł renty inwalidzkiej, jest niezdolna do pracy. Od trzech lat toczy się jej proces sądowy przeciwko pracodawcy.
Z Cannes do magazynuMaria: - Mam kilka świetnych zdjęć na czerwonym dywanie w Cannes zrobionych wtedy, gdy jeszcze jeździłam na festiwale filmowe, żeby promować polskie filmy. Moja podróż z Cannes do magazynu trwała niecałe dwa lata. W 2005 roku rozpoczęłam pracę w jednej z największych stacji telewizyjnych, a w 2007 zostałam wyrzucona. Od października 2006 roku moja samozwańcza szefowa dręczyła mnie i poniżała, chcąc zmusić do odejścia. W końcu wyrzuciła.
- Co to znaczy samozwańcza szefowa? - pytam.
- Oficjalnie nie była kierowniczką. W firmie powstała nowa komórka promująca filmy na rynkach międzynarodowych. Pracowały tam początkowo cztery osoby. Ja, Hanna i dwóch panów zajmujących się sprawami technicznymi. Później przyszła jeszcze młoda dziewczyna. Ponieważ ten nowy twór nie był jeszcze wpisany do struktury organizacyjnej stacji, oficjalnie nie było kierownika. Dyrektor promocji powiedział, że to niedługo nastąpi. Podzielił obowiązki i rozpoczęliś-my pracę. Ponieważ Hanna zaczęła pracę tydzień przede mną, poczuła się z racji dłuższego doświadczenia kierowniczką naszego działu. Choć nie była nawet p.o. Potem szefowie całego biura zmieniali się co kilka miesięcy, więc nikt się już tym więcej nie zajmował.
- Dlaczego chciała się pani pozbyć?
- Pewnie obawiała się konkurencji. Byłam świetnie oceniana - dostawałam pisemne pochwały i premie. Mam odpowiednie wykształcenie - jestem dziennikarzem, znam cztery języki. Obie byłyśmy starszymi specjalistami w biurze promocji. Może też za dużo widziałam.
- A co pani widziała?
- Kiedy podejmowano decyzje, co ma robić nasz dział, jakie filmy i gdzie będziemy promować, ustalała to Hanna. Ja jeździłam do Cannes, Bratysławy, Karlovych Varów czy Berlina. Ona do Szanghaju, Pekinu, Tajlandii czy Ameryki Południowej, nawet jeżeli nie wystawiliśmy tam filmu. Nie protestowałam, choć dziwiłam się, że nikt z dyrekcji nie interesuje się kosztami tych wycieczek.
Pod koniec 2006 roku miało miejsce nowe rozdanie polityczne w zarządzie firmy i przyszedł nowy dyrektor promocji. Chciał zatrudnić córkę swojego kolegi, znanego dyrektora teatru, młodą, 20-paroletnią dziewczynę. Miała zająć się promocją filmów i wyjeżdżać na festiwale. Młoda osoba była sympatyczna. Pomagałam jej. Pokazywałam, jak co załatwiać, z kim się kontaktować za granicą. Imprez jest dużo. Sądziłam, że starczy dla nas trzech.
- Starczyło?
- Nie. Bardzo szybko Hanna kazała mi przekazać protegowanej dyrektora wszystkie projekty, obsługę wszystkich festiwali. Zaznaczyła, że mam zapomnieć o wyjazdach. A najlepiej by było, żebym poszukała innego działu. Rozpłakałam się przy niej. Nowego miejsca nie znalazłam. Zostałam w promocji zagranicznej, ale trafiłam do magazynu ulotek. Hanna uznała, że tam będę realizowała się zawodowo.
- Nie protestowała pani? Nie poszła do dyrektora?
- Po co? To jego protegowana przejęła moje obowiązki. Od tego momentu Hanna robiła wszystko, żeby uprzykrzyć mi życie.
W styczniu 2007 roku spytałam, czy mam zacząć przygotowania do festiwalu filmowego w Cannes, który odbywa się wiosną. Usłyszałam, że mam inne zadania: zrobić porządki w magazynie z ulotkami. To są olbrzymie pomieszczenia pod garażami. Tam przechowuje się ulotki, foldery filmów, całe archiwa. Jak się zbliża festiwal, stamtąd wyciąga się materiały reklamowe i wysyła. W tygodniu jest jedna lub dwie wysyłki. Koszmarna harówka, ciężka fizyczna praca. Przekłada się ogromne kartony z ulotkami. Wcześniej robili to studenci na umowę-zlecenie.
- A czy oficjalnie zmieniono pani obowiązki?
- Nie, tylko mi ich dodano. Musiałam pisać tygodniowe raporty z tego, co zrobiłam. Ja jedna. O czym były? O pakowaniu ulotek. Hanna nawet ich nie czytała, ale żądała ich kategorycznie. Nie daj Boże, jak się spóźniłam. Od razu dostawałam ponaglającego maila.