Do jesiennego wydania "Wysokich Obcasów Extra" zrobiłem wywiad z socjologiem kultury profesorem Tomaszem Szlendakiem z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika. Na marginesie naszej rozmowy profesor wspomniał o badaniach, które w naukowy i obiektywny sposób wyjaśniają, dlaczego polska popkultura jest ostatnio tak strasznie beznadziejna.
Razem z dr. Arkadiuszem Karwackim Szlendak analizował związek między rozwarstwieniem społecznym (mierzonym w socjologii obiektywnymi wskaźnikami takimi jak współczynnik Giniego) a jakością kultury masowej w danym kraju. Okazało się, że im większe rozwarstwienie, tym gorsza popkultura.
Najniższy współczynnik Giniego (i najmniejsze rozwarstwienie) na świecie mają
Czechy,
Japonia i kraje skandynawskie - rzędu 25. Najwyższy mają Namibia, Lesotho, Sierra Leone, Botswana i Republika Środkowej Afryki - powyżej 60 (wszystkie dane podaję za Bankiem Światowym).
Popkultura czeska, szwedzka czy japońska to przedmiot mojej odwiecznej zawiści. Żeby u nas powstawały takie horrory jak japońskie "Ringu"! Takie komedie romantyczne jak czescy "Samotni"! Takie kryminały jak "Millennium" Larssona!
Przez mroczne lata komunizmu prześliznęliśmy się ze współczynnikiem Giniego na poziomie czesko-szwedzkim - w 1985 polski Gini to jeszcze ciągle 25,16. To wtedy Bareja kręci "Zmienników", a Maanam nagrywa "Nocny patrol".
W roku 1989 współczynnik Giniego dla Polski rośnie do 26,89. Pasikowski kręci "Krolla", a zespół De Mono nagrywa hiciora o tym, że kochać to nie znaczy zawsze to samo. Już robimy krok w dół, ale ciągle jeszcze przynajmniej udajemy, że trzymamy jakiś poziom.
W roku 2002 nasz współczynnik to już 34,47. Definitywnie opuszczamy okolice Danii i Japonii, żeby wylądować między Tanzanią i Egiptem, a nasza popkultura na dobre staje się domeną Dody, Ich Troje, Grocholi, Łepkowskiej i Saramonowicza.
Taneczna muzyka pop w Polsce opanowana zostaje przez swojski "umcyk-umcyk", a nie skandynawskie "bom-diddi-bom di-dang di-dang diggi-diggi" (że pozwolę sobie zacytować refren piosenki "Cobrastyle" szwedzkiej grupy Teddybears, u nas znanej głównie z reklamy piwa).
Na filmach Petra Zelenki gryziemy paznokcie z zawiści, bo polską komedią rządzi duet Konecki - Saramonowicz. A jeśli do tego pomyśleć o japońskich filmach animowanych - wielbiciel dobrej popkultury zaczyna marzyć o ostrej progresji podatkowej, która u nas wreszcie wypłaszczyłaby tego przeklętego Giniego.
Zdaniem profesora Szlendaka nic tak dobrze nie robi popkulturze jak zdrowy mieszczański egalitaryzm. W Szwecji, Czechach czy Japonii wszyscy żyją z grubsza na tym samym poziomie. Wszyscy jeżdżą z grubsza takimi samymi samochodami, najwyżej jedni mają nowe volvo (skodę, subaru itd.), a inni kilkunastoletnie. Wszyscy mieszkają w mniej więcej takich samych domach, najwyżej jedni mają własne, drudzy spółdzielcze, a inni komunalne.
W rezultacie wszyscy, gdy idą wieczorem się rozerwać, to spotykają się w mniej więcej tych samych klubach i mniej więcej tych samych multipleksach. Popkultura tworzona jest tak, żeby zaspokoić gust profesora socjologii z wielkiego miasta i pomocy fryzjerskiej z głębokiej prowincji ("Fucking Amal" to przecież film o "Szwecji B").
Pamiętam jeszcze, jak zaczynał się w Polsce kult celebrytów - bo przecież wcale nie zaczął się on razem z demokratycznymi przemianami. To gruchnęło jakąś dekadę później, gdy nagle gwiazdorami stali się jurorzy różnych "Idoli mających talent" i "Gwiazd tańczących na lodzie". A moi znajomi, najczęściej należący do wielkomiejskiej klasy średniej, szczerze zdumieni pytali: "Kim są ci ludzie?".
Pamiętam jeszcze powszechne zdumienie, które u mnie i moich znajomych budziły pierwsze numery "Faktu" - jak to możliwe, że w Polsce są ludzie skłonni zapłacić za artykuł o "wielorybie Lolku" albo "panu Andrzeju (54 l.), który nie może spać, bo trzyma kredens". Skąd ci ludzie się biorą?
Dzięki wywiadowi z prof. Szlendakiem już wiem skąd. Ze współczynnika Giniego. Po prostu na przełomie stuleci udało nam się zerwać z resztkami komunistycznej urawniłowki i podzielić się na bardzo bogatych i całą resztę. A nieuchronne prawa socjologii dokonały reszty.
Nigdy nie byłem w Botswanie, ale jestem pewien, że oni też mają swoją Dodę, swój "Fakt" i swoją Ilonę Łepkowską. To tak samo nieuchronne jak to, że my nigdy nie będziemy mieć swoich Teddybears, swojego Zelenki i swojego Miyazakiego.