O Ewie Trautman napisaliśmy wczoraj. Jej mąż Tomasz mówił: - Przez bylejakość lekarzy straciłem żonę.
Tym razem prokuraturę zawiadomiła prawniczka Elżbieta Kalińska. W niedzielę 8 sierpnia jej mąż źle się poczuł na działce. Pojechali na dyżur oddziału ratunkowego w Szpitalu Czerniakowskim. - Mąż mówił bełkotliwie, więc zasugerowałam lekarzom, że może ma udar - opowiada Kalińska. Na jej prośbę wykonano tomografię głowy. - Byłam zdziwiona, kiedy lekarka powiedziała, że w weekendy nie ma u nich radiologa, więc nie opisze zdjęć - mówi Kalińska.
Lekarze następnego dnia nie potwierdzili udaru. Ale ze szpitala Kalińskiego nie wypuścili. Jego stan zaczął się pogarszać. We wtorek miał wysoką gorączkę. - Lekarze przyznali, że mężowi wdała się infekcja bakteryjna. Jak to możliwe? Nie miał nawet kataru - denerwuje się kobieta.
Kolejnego dnia stan zdrowia mężczyzny się pogorszył. Diagnoza: zapalenie płuc. - Mimo prób nie znaleziono bakterii, która wywołała chorobę. Mąż dostał antybiotyki o tzw. szerokim spektrum działania - opowiada Kalińska.
Po pięciu dniach stan zdrowia mężczyzny dalej się pogarszał. - W piątek zobaczyłam puste łóżko. Zrobiło mi się słabo. Pytam, gdzie mąż. Pielęgniarki, że trafił na intensywną terapię. Tonem, jakby poszedł na spacer - opowiada kobieta.
Na intensywnej terapii podłączono mężczyznę do kroplówki, okazało się, że jest mocno odwodniony. Kalińska: - Jak można było do tego dopuścić? On ma cukrzycę, mogło się skończyć fatalnie! Lekarka powiedziała mi, że mąż jest piątym pacjentem, który zaraził się szpitalną bakterią. Zapewniła, że wezwie sanepid.
Epidemiolodzy w szpitalu jednak się nie pojawili. - Jeśli było pięć przypadków, to szpital miał obowiązek je zgłosić. Ale zawiadomienia nie ma - mówi Dariusz Rudaś, dyrektor stołecznego sanepidu.
W kolejnych dniach mężczyzna czuł się coraz gorzej. Lekarze wprowadzili go w śpiączkę, podłączyli do respiratora. Choremu przestały pracować nerki. - Wtedy powiedziano mi, że szpital nie ma sztucznej nerki. Konieczne jest przewiezienie męża na Lindleya - mówi Kalińska.
W tym szpitalu lekarze rozpoznali bakterię, która była przyczyną infekcji. Mężczyzna dostaje antybiotyk, który ma ją zwalczyć. - Ale wciąż jest w śpiączce - mówi żona.
Sądzi, że to rezultat zaniedbań w Szpitalu Czerniakowskim, wczoraj zawiadomiła więc prokuraturę. Skłoniła ją też do tego historia Ewy Trautman z "Gazety".
Ona też zasłabła w weekend. Na oddziale ratunkowym w Szpitalu Czerniakowskim była jeszcze przytomna. Po godzinie lekarze stracili z nią kontakt. W piątek i sobotę kobiecie wykonywano tomografię. Ale też nie było radiologa, więc też nikt nie opisał zdjęć. Dyżurująca młoda lekarka zadzwoniła do prof. Jerzego Jurkiewicza, którego szpital zatrudnia jako konsultanta. Był daleko, więc zdjęcia z tomografu przesłała mu przez komórkę. W kolejnych dniach diagnoza Trautman zmieniała się wielokrotnie. Tomasz Trautman przewiózł żonę do Szpitala
MSWiA. Ale nie udało się jej już uratować. Jej mąż razem z prawniczką i przyjaciółką Beatą Rutkowską złożyli zawiadomienie do prokuratury.
Elżbieta Kalińska w Szpitalu Czerniakowskim poznała Tomasza Trautmana. - Jego żona leżała obok mojego męża - mówi. - Opowiadał mi, że w szpitalu dzieje się źle. Sama to też widziałam.
Zgodnie z rozporządzeniem resortu zdrowia oddziały ratunkowe muszą mieć obecnych stale radiologów. Ale w obu opisywanych przez nas przypadkach ich nie było. Jak tłumaczył dyrektor szpitala, dziesięciu na 16 zatrudnionych lekarzy tej specjalności odeszło nagle w lipcu. Następców znalazł dopiero w ostatnich dniach.
A oddziały intensywnej terapii muszą mieć co najmniej jedną sztuczną nerkę. Kalińskiej powiedziano jednak, że szpital jej nie ma. - Tymczasem obecność tego urządzenia to warunek podpisania kontraktu z
NFZ. Według naszych dokumentów szpital ją ma, choć tylko dzierżawioną - mówi Wanda Pawłowicz, rzeczniczka mazowieckiego NFZ.
- Mamy nerkę, ale nie w każdym przypadku jest używana. Tak mogło być i teraz - tłumaczy dyrektor Szpitala Czerniakowskiego Leszek Wójtowicz. Twierdzi, że nic nie wie o pięciu przypadkach z groźną bakterią. Będzie to wyjaśniał.
Wczoraj, po artykule "Gazety", do Szpitala Czerniakowskiego weszli kontrolerzy NFZ. - Jeśli szpital nie przestrzegał umów, możemy nałożyć karę finansową. To 2 proc. wartości kontraktu. A ten w przypadku SOR wynosi 3 mln 176 tys. zł - mówi Pawłowicz. - Możemy też zerwać kontrakt.
Kontrolę w szpitalu przeprowadzi też stołeczne biuro polityki zdrowotnej, bo Szpital Czerniakowski jest szpitalem miejskim. Dariusz Hajdukiewicz, szef biura, mówi, że o braku radiologów wiedział. - Rzeczywiście doszło do przejściowego zmniejszenia. Ale czy w szpitalu były nieprawidłowości? Dowiemy się po kontroli.