Gdy kilkanaście dni temu media podały, że były wicekanclerz i szef dyplomacji Frank-Walter Steinmeier postanowił przekazać ciężko chorej żonie nerkę, w Niemczech wybuchła przeszczepowa gorączka. Prasa okrzyknęła Steinmeiera bohaterem, a przykład z szefa frakcji SPD w parlamencie postanowiło wziąć tysiące Niemców, którzy wypełnili dokumenty, wyrażając zgodę na pobranie ich organów w razie śmierci. Wielu chciało nawet oddać potrzebującym nerki, ale niemieckie prawo na to nie zezwala. Nerkę za życia mogą oddawać jedynie bliscy chorych.
Trzeba było dopiero decyzji dawnego ministra, by
Niemcy zdali sobie sprawę z tego, że w ich transplantologii źle się dzieje, skoro na przeszczep serca, nerki czy wątroby czeka 12 tys. osób i co roku z powodu braku dawców umiera tysiąc chorych. Taki los spotkałby najpewniej żonę byłego wicekanclerza Elke Büdenbender, gdyby nie mąż - zdaniem lekarzy nie doczekałaby przeszczepu według klasycznej procedury. Obecnie oboje dochodzą do siebie, a lekarze są dobrej myśli.
Nerki na przeszczepy sprowadza się zza granicy, a w 82-mln kraju w zeszłym roku przeprowadzono tylko 347 transplantacji serca. Dzieje się tak, bo jedynie 17 proc. Niemców wyraziło zgodę na przekazanie narządów na przeszczepy i ma w portfelu odpowiedni dokument. Bez niego pobranie nerki czy rogówki po wypadku jest niemożliwe. Lekarze mają nadzieję, że Steinmeier da przykład rodakom.
Politycy CDU chcą uprościć procedury i proponują, by każdego obywatela traktować jako potencjalnego dawcę, o ile nie zastrzegł sobie, że nie zgadza się na pobranie organów. Takie rozwiązanie jest w Austrii. Z kolei znany niemiecki transplantolog prof. Eckhard Nagel domaga się, by zapisując się do kasy chorych, każdy decydował, czy zgadza się na wykorzystanie swoich tkanek do przeszczepów, czy nie. Przeciwna jest niemiecka izba lekarska, która twierdzi, że nie można zmuszać ludzi, by zajmowali się tym, co będzie się z nimi działo po śmierci. Sprawą wkrótce zajmie się Bundestag.