Pierwsze, niekorzystne dla Wałęsy sądowe rozstrzygnięcie (dotychczas wygrywał tego typu sprawy), przybrało formy nadzwyczajnego festiwalu radości po tej stronie sceny politycznej.
Bronisław Wildstein w "Rzeczpospolitej" z radością, zachwytem i oddechem ulgi stwierdził w "Są jeszcze sądy w Polsce". Trzeba było czekać ponad 20 lat w wolnej Polsce, żeby Bronisław Wildstein w końcu pokochał polskie sądy. A jeszcze niedawno, na łamach tej samej "Rz" odsądzał je i samych sędziów od czci i wiary. Kiedy zapadały orzeczenia niekorzystne dla przyjaciół Wildsteina, grzmiał, że grożą nam rządy sądokracji. Ubolewał, że prawnicy i sędziowie zawłaszczają kolejne sfery życia społecznego i wkraczają na te pola, od których powinni trzymać się z daleka.
Zarzucał Wildstein sędziom pychę, brak właściwych standardów etyczno-obyczajowych, a w konsekwencji podatność na rozmaite naciski. Wystarczyło jedno nieprawomocne orzeczenie, tyle tylko, że korzystne dla linii politycznej i teorii dziejów lansowanej przez Wildsteina i jego przyjaciół, żeby bezgranicznie pokochać polskie sądy. Czas pokaże, czy jest to miłość na lata, czy tylko krótkotrwały efekt pożądania.
Niekorzystny dla Wałęsy wyrok opisała szczegółowo "Rzeczpospolita" krzycząc w tytule "Wałęsę można nazwać TW". Wydaje się, że jest to zupełnie nietrafna ocena. Przecież Sąd Okręgowy stanowczo podkreślał, że nie było jego rolą ustalanie prawdy historycznej w sprawie ewentualnej agenturalności Wałęsy. Skoro więc sąd tego nie badał, ani tym bardziej tego nie ustalił, to tytuł "Rzeczpospolitej" całkowicie wypacza sens tego orzeczenia.
Samo orzeczenie też budzi zresztą wątpliwości. Wydaje się, że Sąd Okręgowy, po wcześniejszych dwukrotnie uchylanych w tej sprawie orzeczeniach, starał się szukać salomonowego rozwiązania. Z jednej więc strony twierdził, że nie rozstrzygał zarzutu agenturalnej przeszłości byłego prezydenta, z drugiej zaś twierdził, że można w tej sprawie formułować własne poglądy.
Tyle tylko, że dochodzimy tu do jakiejś nieusuwalnej sprzeczności. Przecież stwierdzenie Wyszkowskiego, że były prezydent był tajnym współpracownikiem
SB nie jest żadnym poglądem. Już gimnazjalista z łatwością oceni, że taka wypowiedź ma charakter opisowy i jest informacją o faktach, a nie żadną opinią czy poglądem. Fakty zaś w procesie o ochronę dóbr osobistych muszą być jednoznacznie udowodnione przez pozwanego. Jeżeli Wyszkowski tego nie uczynił, a sąd nawet tego nie badał, to powództwo Wałęsy powinno być w całości uwzględnione. "Ucieczka" sądu w sferę tzw. poglądów i swobody wypowiedzi, które miałyby sankcjonować kłamliwą wypowiedź Wyszkowskiego (przy założeniu braku dowodów), jest zupełnie niezrozumiałe. Trzeba się więc zgodzić z opinią pełnomocnika procesowego byłego prezydenta, która po ogłoszeniu wyroku, oceniła go jako niekonsekwentny i wymagający oceny przez sąd wyższej instancji. Nie można wykluczyć, że wątpliwości te rozwieje pisemne uzasadnienie ogłoszonego wczoraj wyroku.
Radość, jaką wyrażono po tym wyroku na łamach "Rzeczpospolitej" przybrała karykaturalny wymiar. Jego wyrazem była m.in. wypowiedź Sławomira Cenckiewicza, który stwierdził, że po raz pierwszy w Polsce sąd uznał, że wolność wypowiedzi jest wartością nadrzędną. Tymczasem takich orzeczeń było w Polsce dziesiątki. Jeżeli więc badania historyczne prowadzone przez Pana Cenckiewicza są na takim samym poziomie jak jego wiedza na temat orzeczeń w sprawach dotyczących swobody wypowiedzi, to można powątpiewać nad rezultatami tych badań, którymi pan Cenckiewicz tak chętnie ostatnio się chwali.
Piotr Rogowski jest radcą prawnym Agory S.A., wydawcy "Gazety Wyborczej"