"Gazeta" poznała rządowy projekt ustawy o racjonalizacji zatrudnienia. Zwolnienia nastąpią w administracji państwowej, czyli w ministerstwach, agencjach rządowych, urzędach wojewódzkich, skarbówce,
ZUS,
KRUS,
NFZ, NFOŚ, PRFON. Ustawa nie obejmie samorządów, sądów, prokuratury, służb mundurowych i specjalnych.
Pod rządami PO, która na sztandarach miała walkę z biurokracją, zatrudnienie w administracji wzrosło o 10 proc. Gdy jesienią 2007 r. Platforma przejęła władzę, w całej administracji (państwowej i samorządowej) pracowało 576 tys. osób. W marcu 2010 r. - już niemal 60 tys. więcej.
- Sytuacja budżetowa w Polsce, jak w wielu krajach europejskich, zmusza nas do racjonalizacji zatrudnienia w administracji - mówi "Gazecie" minister Michał Boni, szef zespołu doradców premiera. I przyznaje: - W ciągu ostatnich lat zatrudnienie w administracji wzrosło. Zmniejszamy po prostu efekt tego wzrostu.
Rząd już w ubiegłym roku przymierzał się do ograniczenia etatów. Ale wycofał się pod presją własnych ministrów i urzędników.
Według projektu przesłanego wczoraj do konsultacji międzyresortowych, operacja ma się zacząć 1 stycznia 2011 r. Kierownicy urzędów zdecydują, w których wydziałach można zwalniać. Możliwe jest też skrócenie czasu pracy i obcięcie wynagrodzeń.
Do 1 lutego szefowie urzędów mają przesłać premierowi raport o stanie zatrudnienia, do 30 kwietnia - informację o liczbie zwolnień. Racjonalizacja ma potrwać do 1 lipca 2011 r., a miesiąc później premier ma dostać końcowy raport.
Zwalniani dostaną odprawy: • jedna pensja dla zatrudnionych poniżej dwóch lat, • dwie - dla pracujących od dwóch do ośmiu lat, • trzy - powyżej ośmiu lat. Kierownicy urzędów, którzy nie przeprowadzą redukcji, dostaną upomnienia, nagany lub kary pieniężne (nawet pięć pensji!).
Cała operacja ma przynieść około 1 mld zł oszczędności rocznie.
Zdaniem Małgorzaty Starczewskiej-Krzysztoszek, ekspertki z Polskiej Konfederacji Pracodawców Prywatnych Lewiatan, administrację bez problemu można odchudzić o 10 proc.: - Na posiedzeniach Komisji Trójstronnej często obserwuję, jak rząd przysyła trzy osoby. Jedna mówi, druga klika w klawisz z prezentacją, a trzecia jest na wszelki wypadek. Dwójka z nich nie jest potrzebna.
Dodaje, że tylko w 2009 r. liczba urzędników wzrosła o 16 tys. osób (9,6 proc.), a fundusz płac - o prawie 1 mld zł, choć zadania urzędów się nie zwiększyły.
- Dobrze, że rząd zrozumiał, że wymknęło mu się to spod kontroli. Ale cięcie etatów nie może być automatyczne - przestrzega ekspertka Lewiatana. - Racjonalizacja zatrudnienia jest okazją do pierwszego audytu polskiej administracji, przyjrzenia się, gdzie jest za dużo pracowników, a gdzie ciągle ich brakuje, jak np. w wydziałach zajmujących się unijnymi funduszami.
Prof. Krzysztof Rybiński z SGH, były wiceprezes
NBP, zwraca uwagę, że w liczbie urzędników doganiamy kraje Unii: - Tylko że nasz system prawny, liczba firm o zasięgu globalnym i produktywność naszych urzędników znacznie odbiegają od średniej w UE. Kwietniowy raport OECD pokazuje, że wydajność naszych urzędników w ostatnich latach spadała o 8 proc rocznie, a w krajach OECD rosła - mówi Rybiński.
Jego zdaniem trzeba zwolnić urzędników, którzy z punktu widzenia klientów są zbędni. - Narzędziem do racjonalizacji zatrudnienia mógł być budżet zadaniowy. Ale mimo jego wprowadzania każdy z urzędników znalazł uzasadnienie dla swojej posady. Obawiam się więc, że cięcie etatów będzie się odbywać za pomocą siekiery, tak jak w firmie, w której trzeba ciąć koszty, bo jest kryzys - mówi Rybiński. - Zostaną pracownicy przed emeryturą, znajomi, a będą musieli odejść młodzi.