Te frazy skrzydlate przerabia na polszczyznę mniej wzniosłą. Raś niekochany i nieutulony próbuje walczyć o miłość, przypominając prezenty, wydatki, proponuje choćby rozmowę. Każdy wie, jak wszelkie próby ratowania uczucia z takich pozycji są żałosne i jak się na ogół kończą. Brzytwy człowiek się chwyta w stanach ostatecznych. Determinacja posła Rasia jest tym straszniejsza, że poseł wylicza byle proboszczowi, ile mu dał nieswoich pieniędzy, za swoje najwyraźniej uważanych. Słychać zatem po małopolskich parafiach śmiech szyderczy, trudno sobie nawet wyobrazić, jak z posła Rasia leją dziś po liście owym proboszczowie, do pochopnego polewania raczej nieskłonni, podobnie jak zresztą nieprędcy i niechętni do odnawiania zabytkowych kościółków, kapliczek i dzwonnic. Każdy z nich ma wszak na głowie nowiuśkie kaplice i kościoły, wymagające mnóstwa papy, pustaków i kabli do nagłośnienia. Zabytki stojące gdzieś obok to od dawna proboszczów utrapienie. By powtórzyć słowa Rasia w innym nieco sensie, "widać to w wielu małopolskich parafiach". Jakże musi ich śmieszyć, kilku też wkurzać, gdy poseł Raś z nieswoich załatwiał im forsę na niechciane renowacje, a teraz domaga się dowodów wdzięczności, miłości i dialogu. Posłowi Rasiowi wydarzenia ostatnich miesięcy odebrały zdolność trzeźwej kalkulacji. Poseł Raś powinien odpocząć od życia publicznego, ktoś powinien zabrać mu papier i pióro, bo przecież pomysł proboszczów, zwłaszcza tych małopolskich, nie polega na rozmawianiu z Rasiem, lecz - w najlepszym wypadku - na Rasia egzorcyzmowaniu. Platforma to ramię Lucyfera i w każdej niemal parafii jest to opinia głośno wypowiadana, niepodlegająca wątpliwościom. Szkoda więc czasu i atłasu na głupawe listy, szkoda też honoru, wyborców przede wszystkim.
Źródło: Gazeta Wyborcza Kraków