Prezydent
Barack Obama, dyrektor
CIA Leon Panetta i sekretarz obrony Robert Gates zostali oskarżeni w pozwie, który będzie rozpatrywał sąd w Waszyngtonie. Jemeńczyk Nasser Al-Aulaqi twierdzi, że wszyscy trzej bezprawnie dybią na życie jego syna Anwara, urodzonego w
USA w 1971 r., a więc obywatela amerykańskiego.
Na początku roku Anwar, z zawodu muzułmański kaznodzieja, zasłynął jako pierwszy znany opinii publicznej obywatel USA dodany do rządowych list osób do likwidacji, i to od razu aż dwóch instytucji: wojskowego Zjednoczonego Dowództwa Operacji Specjalnych i CIA. Wywiad i armia uważają, że od lat inspiruje terrorystów Al-Kaidy do ataków przeciwko Ameryce. Jego kazań słuchało trzech porywaczy samolotów z 11 września 2001 r., a ostatnio służył radą i pomocą 23-letniemu Nigeryjczykowi Umarowi Faroukowi Abdulmutalla, który w zeszłoroczne Boże Narodzenie próbował zdetonować bombę w samolocie z Amsterdamu do Detroit. Korespondował też z majorem Nidalem Hasanem, psychiatrą wojskowym, który w listopadzie 2009 r. zabił 12 żołnierzy i cywila w bazie wojskowej w Fort Hood.
Obecnie Anwar zaszył się w Jemenie, gdzie, jak twierdzi CIA, organizuje siatkę Al-Kaidy. Ponieważ jest Amerykaninem, wyznaczenie go do likwidacji wymagało zgody Białego Domu (dlatego wśród pozwanych figuruje prezydent Obama). Już raz amerykańskie siły specjalne próbowały zbombardować go w Jemenie, ale uszedł z życiem.
- Aktywnie nastaje na życie Amerykanów, więc jego zabicie jest jak najbardziej moralne i zgodne z prawem - argumentował w kwietniu, kiedy sprawa wyciekła do mediów, anonimowy urzędnik administracji Obamy.
- Rząd USA nie może po prostu likwidować swoich obywateli na podstawie własnego widzimisię! - oponuje Vince Warren, dyrektor Centrum Praw Konstytucyjnych, które pomogło ojcu Anwara przygotować pozew. Zdaniem Warrena układanie przez urzędników list osób do likwidacji jest sprzeczne z konstytucją i prawem międzynarodowym - szczególnie jeśli egzekucje wykonywane są w krajach, z którymi USA nie toczy wojen. A takim krajem jest Jemen.
Centrum domaga się natychmiastowego zamrożenia planów pozasądowych likwidacji obywateli USA na terenach nieobjętych działaniami wojennymi oraz ujawnienia kryteriów powstawania list osób do likwidacji. Są one z zasady tajne, dlatego nie wiadomo, ilu Amerykanów się na nich znajduje. - Jest prawem wszystkich Amerykanów wiedzieć, na jakiej podstawie ich rząd zabija bez sądu - mówi dziennikarzom "Washington Post" Jameel Jaffer z Amerykańskiej Unii Praw Obywatelskich.
Listy osób do likwidacji związanych z terroryzmem powstają w waszyngtońskich gabinetach od 2001 r., ale - co ciekawe - nie wywoływały nigdy tak wielkich kontrowersji jak porywanie podejrzanych o terroryzm do amerykańskiej bazy w Guantanamo. Wynikało to zapewne częściowo z tego, że listy osób do likwidacji były i są tajne, a wyroki wykonywano po cichu gdzieś na końcu świata. Tymczasem o Guantanamo mówiono otwarcie od samego początku. Los kilkuset więźniów tej bazy przetrzymywanych tam latami nawet bez przedstawienia im konkretnych zarzutów był chyba najczęściej wyciąganym argumentem przeciw administracji poprzedniego prezydenta George'a Busha.
Departament Sprawiedliwości odmówił komentarza w sprawie Anwara i listy osób do likwidacji. Stwierdził jedynie, że Kongres "zezwolił na użycie wszelkich potrzebnych i stosownych środków w wojnie z terrorystami Al-Kaidy".