Pytanie, kiedy i jak długo powinny uczyć się dzieci, wywołuje nad Sekwaną duże emocje. Eksperci przekonują, że w imię własnej wygody dorośli wtłaczają dzieci w rytm, który zupełnie im nie odpowiada.
Na tle Europy
Francja od zawsze wyróżniała się swym kalendarzem szkolnym - dzieci od dziesięcioleci nie chodziły do szkoły w środy, za to spędzały tam pół soboty. Początkowo system ten był efektem porozumienia z Kościołem, by dzieci miały czas w środy chodzić na religię. Teraz na religię mało kto chodzi, ale wolna środa pozostała, bo eksperci przekonali władze oświatowe, że dzieci muszą odpoczywać.
System skutecznie utrudniał życie wielu rodzinom, które w środy musiały organizować opiekę nad dziećmi, a w soboty nie mogły wyjechać na weekend. Zamach na tę świętość postanowiła zrobić ekipa prezydenta Nicolasa Sarkozy'ego - od września 2008 r. zlikwidowano naukę w soboty. Ta część reformy raczej się spodobała. Nie spodobała się natomiast druga - że nie przywrócono nauki w środy.
Tak więc dzieci miały chodzić do szkoły tylko przez cztery dni w tygodniu. Zaoszczędzone godziny miały zostać poświęcone na pomoc uczniom mającym kłopoty poprzez dodatkowe lekcje w ciągu tych czterech dni.
Dziś wielu nauczycieli i ekspertów zwraca uwagę na to, że system się nie sprawdza, ponieważ uczniowie nie są w stanie odpowiednio się skoncentrować, bo mają za długi dzień pracy. Pozarządowa Agencja Medycyny Prewencyjnej wyliczyła, że francuskie dzieci chodzą do szkoły tylko 144 dni w roku. "Dziś
szkoła trwa 36 tygodni [czyli 144 dni, jako że nauka trwa cztery dni] z czterema przerwami. Ideałem byłby rok szkolny trwający 180-200 dni" - pisze w raporcie na ten temat. Dzień szkolny trwa zwykle od 8.30 do 16.30.
Kolejne głosy krytyki sprawiły, że minister edukacji Luc Chatel zwołał okrągły stół, przy którym eksperci i zainteresowane strony mają dyskutować, jak zmienić szkołę. Debata właśnie się rozpoczyna, wnioski zostaną ogłoszone w przyszłym roku.
Tymczasem ministerstwo ma już nową propozycję, która od 1 września testowana będzie w stu szkołach. Chce wziąć przykład z Niemiec, gdzie na naukę przeznaczone są poranki, a po południu dzieci uczestniczą w zajęciach sportowych czy kulturalnych.
Sport łagodzi podobno obyczaje, uczy dzieci przestrzegania reguł i sprawia, że następnego ranka są wyluzowane i mają siłę zasiąść w ławkach.
Problem w tym, że większość szkół nie ma odpowiedniej bazy sportowej. Ci, którzy dobrze znają system niemiecki, ostrzegają też, że często kończy się tam na tym, że dzieci, które na to stać, mają zajęcia popołudniowe, a reszta ma szkołę tylko do południa.
Z większym poparciem spotka się natomiast zapewne inna propozycja - by skrócić dwumiesięczne wakacje letnie i zrobić więcej przerw w ciągu roku. "Wakacje letnie powinny być krótsze, a co siedem tygodni powinna następować dwutygodniowa przerwa. Przedłużyć należy szczególnie przerwę na Wszystkich Świętych, bo z biologicznego punktu widzenia to jesień jest okresem odpoczynku" - przekonuje Agencja Medycyny.
Taki system, praktykowany już w niektórych szkołach prywatnych, byłby zapewne korzystniejszy dla dzieci. Pytanie tylko, czy uda się pokonać opór branży turystycznej, której o wiele trudniej będzie zaproponować atrakcyjne propozycje na listopad niż na lipiec.