Gian-Paul De Vito-Tracey z Rotherhithe na południu Londynu spadł z obrotowego biurowego krzesła dwa lata temu w brytyjskim ministerstwie pracy i zabezpieczeń społecznych, gdzie zajmował wysokie stanowisko. Uderzył się głową o ścianę i po wypadku musiał zrezygnować z pracy z powodu urazu czaszki.
Winą za swój upadek 39-letni urzędnik obarczył brytyjski rząd, zarzucając mu w pozwie sądowym zaniedbania i złamanie przepisów dotyczących wyposażenia miejsca pracy. Twierdzi, że krzesło było nieodpowiednie. Prawnicy reprezentujący De Vito-Tracey'ego podkreślają, że wypadek miał "głęboki i stały wpływ" na życie ich klienta. Co więcej, wskutek uderzenia pogorszyły się jego zdolności intelektualne (wolniej myśli, ma trudności komunikacyjne itd.), co z kolei zmniejszyło jego szanse na znalezienie satysfakcjonującej pracy.
Za wszystko to, zebrane pod popularnym w Wielkiej Brytanii wśród osób poszkodowanych w miejscu pracy paragrafie PSLA (za doznane obrażenia, ból, cierpienia i utrata jakości życia), urzędnik zażądał 300 tys. funtów. Na jego korzyść przemawia dodatkowo opinia neuropsychologa.
O pozwie Gian-Paula De Vito-Tracey'ego napisały z przekąsem brytyjskie dzienniki. Najostrzej zaatakowała go bulwarówka "The Sun", zestawiając żądania urzędnika z odszkodowaniem, jakie dwa lata temu dostał brytyjski żołnierz Martyn Compton. Ten ostatni na skutek wybuchu bomby-pułapki podłożonej przez talibów w Afganistanie doznał oparzenia 70 proc. powierzchni ciała.
"The Sun" pokazał zdjęcia weterana z twarzą pooraną bliznami po oparzeniach i informacją, że żołnierz otrzymał tylko 167 tys. funtów. Ilustracją do tego samego artykuły były zrobione przez paparazzich fotografie De Vito-Tracey'ego targającego wielkie kawałki drewna ze złośliwym podpisem, że choć rzekomo tak strasznie ucierpiał, to wciąż jest zdolny do ciężkiej pracy.
Źródło: Gazeta Wyborcza