http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Premier Chin chce reform

Maria Kruczkowska
2010-08-31, ostatnia aktualizacja 2010-08-30 17:50

- Musimy stworzyć warunki dla społeczeństwa, by mogło krytykować i patrzeć na ręce rządowi - stwierdził chiński premier Wen Jiabao. Dodał, że podstawą społeczeństwa musi być "sprawiedliwość i uczciwość".

- Bez reformy systemu politycznego efekty reform gospodarczych mogą zostać zaprzepaszczone - podkreślił Wen. Ostrzegł też, że brak reform politycznych grozi fiaskiem całej modernizacji Chin.

Te niezwykle mocne jak na Chiny słowa padły w zeszłym tygodniu na uroczystości 30-lecia założenia specjalnej strefy ekonomicznej w Shenzhen, co uważa się za początek chińskiego otwarcia na świat i chińskiego boomu gospodarczego. Wen powtórzył swe słowa dwa dni temu.

Premier nie sprecyzował jednak tego, co miał na myśli. Mówił, że kraj musi "rozwiązać problem nadmiernej koncentracji władzy", bo nic jej dziś nie ogranicza. Dodał, że Chinami rządzi 45 mln wszechmocnych biurokratów.

To oni i ich rodziny są głównymi beneficjentami rozwoju gospodarczego pod rządami Komunistycznej Partii Chin - jedynego legalnego ugrupowania politycznego. Konserwatyści w partii od dawna powtarzają, powołując się na cud gospodarczy, że możliwy jest wzrost bez demokratyzacji kraju. Teraz próbują zminimalizować znaczenie mowy premiera - ocenzurowana prasa centralna przedrukowała przemówienie z dużymi skrótami, pomijając co śmielsze ustępy.

Za to przemówienie cytują obficie liberalne gazety chińskie, które nabrały wiatru w żagle. Proreformatorski dziennik "Caixin" przypomniał też wcześniejsze zobowiązania partii, że z czasem wprowadzi demokrację. "Jeśli strach przed destabilizacją, o którym mówi konserwatywna część aparatu i która nie chce, by cokolwiek zmieniać, przeważy, Chiny będą coraz mniej stabilne" - napisał "Caixin".

- Słowa Wen Jiabao są ważne, bo dają intelektualistom nadzieję - mówi nam dysydent Bei Ling, który w 2001 r. został deportowany do USA po próbie wydawania magazynu literackiego w Pekinie. O tym, że proreformatorski premier nie jest jednak w stanie zapewnić bezpieczeństwa swoim zwolennikom, przekonała się właśnie pekińska dysydentka Cui Weiping. W gronie kilkunastu osób chciała zorganizować dyskusję nad mową, ale przerwała je policja.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    9 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':