Romskie obozowiska zdążyły wpisać się w krajobraz Francji, a Francuzi przyzwyczaili się do widoku romskich żebraków na ulicach. Ci ostatni są patologią znaną w całej Europie, również w Polsce. Dlaczego to jednak Sarkozy wypowiedział Romom wojnę?
Oficjalnie kilka tygodni temu w romskim obozowisku wybuchły zamieszki zakończone napaścią na pobliski komisariat. Francuskie władze orzekły wówczas, że miarka się przebrała, że Romowie przebywają w kraju nielegalnie (zgodnie z unijnym prawem nie można przebywać w innym kraju powyżej trzech miesięcy, nie mając pracy ani ubezpieczenia społecznego) oraz stanowią zagrożenie dla porządku publicznego. I postanowiły problem rozwiązać siłą.
To jednak tylko pretekst. Nicolas Sarkozy, który dramatycznie tracił popularność i był zamieszany w skandal z nielegalnym finansowaniem jego partii przez właścicielkę koncernu kosmetycznego L'Oréal, na gwałt potrzebował wykazać się skutecznością. Pokazać Francuzom, że potrafi rządzić. Padło na Romów. Łatwo ich wyłapać, zapakować do samolotów i wywieźć do Rumunii. I nikt nie będzie po nich płakał.
Właśnie dlatego porównanie francuskiego prezydenta do Jörga Haidera, zmarłego dwa lata temu populistycznego austriackiego polityka, jest uzasadnione. Haider, którego partie przez pięć lat współrządziły krajem, a on sam przez wiele lat był premierem lokalnego rządu Karyntii, przy każdej okazji domagał się rozprawy z przestępcami i darmozjadami, którzy przybyli do Austrii pod przykrywką azylantów. Punkty zbijał na tym tak skutecznie, że do dziś jest otoczony szacunkiem przez większość społeczeństwa Karyntii.
Choć Haider otworzył dla imigrantów specjalne więzienie-obóz w wysokich Alpach, to nigdy nie udało mu się zorganizować masowej deportacji cudzoziemców. We Francji po dziewięciu dniach antyromskiej akcji Sarkozy'ego deportowano do Rumunii już kilkaset osób. Mimo że likwidowanie romskich osiedli mocno podzieliło samych Francuzów, a
Kościół katolicki ostro się temu sprzeciwił, wszystko wskazuje na to, że akcja będzie trwała, aż ostatnie romskie osiedle zniknie z francuskiej ziemi.
Wydawałoby się, że Europa na tego typu populizm jest szczególnie wyczulona. Gdy 10 lat temu partia Haidera weszła do austriackiego rządu, UE obłożyła Wiedeń trwającym rok dyplomatycznym bojkotem. Znam wysokiej rangi dyplomatów, którzy szczycą się tym, że podczas pobytu na placówce w Austrii ani razu nie podali ręki żadnemu z ludzi Haidera.
Teraz haiderowski styl polityki Sarkozy'ego na Europie nie robi większego wrażenia. Komisja Europejska zdobyła się jedynie na oświadczenie, że śledzi wydarzenia we Francji "z pewnym niepokojem". Tylko szef dyplomacji Czech Karol Schwarzenberg odważył się nazwać rzecz po imieniu. - To rasizm - oświadczył w sobotę. Duże unijne kraje, w tym Polska, w sprawie deportowanych Romów konsekwentnie milczą.
To równie oburzające co populistyczne zagrywki Sarkozy'ego, bo Unia po raz kolejny pokazuje, że dużym wolno więcej. Francji - ważnego elementu unijnego motoru - oczywiście bojkotować się nie da, ale moralnym obowiązkiem krajów i instytucji wspólnoty jest piętnowanie akcji, które noszą znamiona rasizmu.
Tym bardziej że akcja Sarkozy'ego nie ma większego sensu, bo Romowie deportowani do Rumunii znowu wyruszą na Zachód. Swoje osiedla wzniosą na nowo.
Jeśli Francji naprawdę zależałoby na likwidacji patologii, powinna forsować unijną politykę wobec Romów, np. pomóc znaleźć pieniądze na ich asymilację w krajach starej i nowej UE, a także na walkę z antyromskimi stereotypami, które zakorzeniły się w każdym europejskim społeczeństwie.
Paryż zdobył się na zwołanie konferencji krajów UE, które borykają się z problemem romskich imigrantów i najchętniej by się ich pozbyły. Państw Europy Środkowej i Bałkanów, skąd Romowie imigrują na Zachód, na spotkanie nie zaproszono.
To kolejny dowód na to, że Sarkozy'emu Romowie potrzebni są tylko do tego, by poprawić sondaże.