Pokolenie "Solidarności" można porównywać z generacją twórców II Rzeczypospolitej, ważąc zasługi i przewiny jednych w konfrontacji z dziełem, które stworzyli drudzy. Dorośli czy nie do wielkości generacji Piłsudskiego i Dmowskiego?
Można też analizować realizację ideałów "Solidarności" w wolnej Polsce. Zdradzili ideały Sierpnia czy nie?
O "zdradzonej rewolucji" rozprawiają radykalna prawica i NSZZ "Solidarność", budując na tym haśle swoją tożsamość. Również stara i nowa lewica opowiada o manipulacji - bezkrytycznym zaufaniu, jakim obdarzono neoliberalny eksperyment, który Polsce miał zaaplikować Leszek Balcerowicz.
Trzecie podejście prezentuje dzisiejsza władza. Akceptuje dwie dekady wyrzeczeń w imię dobra kraju i przyszłych pokoleń, ale twierdzi, że nadszedł już czas życia "tu i teraz". Bo romantyzm w podejściu do reform powinien zostać zastąpiony przez pozytywizm - mozolne zmienianie państwa i społeczeństwa, w zgodzie, a nie wbrew ludziom.
W 30-lecie "Solidarności" debata na temat dziedzictwa wielkiego ruchu jest wciąż sporem o polski kapitalizm i liberalizm oraz model państwa, jaki stworzyła generacja jego przywódców. Sporem, który trwa nieprzerwanie od początku wolności i zmian zapoczątkowanych przez rząd Tadeusza Mazowieckiego.
Dzieje Piłsudskiego i Dmowskiego, dwóch wielkich oponentów, z łatwością umieszczamy w jednym historycznym kontekście, wyciągając z ich dorobku częściej to, co było wspólne, niż to, co rozbieżne. Dziś najczęściej pomija się emocjonalność konfliktów, które były tak namiętne, że aż krwawe - jak w czasie zamachu majowego z 1926 roku.
O generacji "Solidarności" nie myślimy jeszcze w kategoriach historycznych. To wciąż walka współczesnych "plemion", których nie łączy wspólne "przeżycie generacyjne" (jak powiadają socjologowie), lecz rywalizacja o władzę i tożsamość. Na nasze szczęście rozjemcą jest społeczeństwo i demokracja, którą zbudowaliśmy. Nikt nikogo nie wsadza do więzień i nie wysyła na emigrację, jak Piłsudski po procesie brzeskim Wincentego Witosa. Co najwyżej nie zaprasza do udziału w uroczystościach rocznicowych lub na nie nie przychodzi. Jarosławowi Kaczyńskiemu i Januszowi Śniadkowi można wypominać, że zamiast ludzi łączyć, dzielą ich na "prawych" i "nieprawych" Polaków. Tyle że ich wykluczająca wizja "Solidarności" przegrała dwukrotnie. W 1992 roku, kiedy w dramatycznych okolicznościach rząd Olszewskiego został obalony w parlamencie, i 15 lat później, gdy nie było już żadnych nadzwyczajnych posunięć - bo wystarczyła kartka wyborcza.
Było nas 10 milionów
Zasługi dla Polski generacji II RP i pokolenia "Solidarności" co najmniej się równoważą. Generacji Piłsudskiego i Dmowskiego być może było trudniej, bo niepodległość musiała wywalczyć i obronić. Spójności państwa zagrażały tendencje odśrodkowe mniejszości narodowych, a państwa ościenne jeno czyhały na okazję do odwetu i kolejnego rozbioru Polski.
Mimo to pokolenie II RP zbudowało Gdynię, Centralny Okręg Przemysłowy i przetrwało najcięższy kryzys gospodarczy. W duchu patriotycznym wychowało następną generację, która zdała egzamin w czasie II wojny światowej i przeprowadziła Polskę przez najcięższy okres komunizmu.
Budowniczym III RP miało być łatwiej. Polska, choć na pół suwerenna, jednak istniała. Komunizm i ZSRR padły siłą bezwładu. Wystarczyło "jedynie" wykorzystać koniunkturę i pchnąć sprawy polskie do przodu.
Generacja "Solidarności" zrobiła więcej.
Stworzyła najsilniejszą opozycję antysystemową w obozie komunistycznym i przygotowała elitę zdolną do przejęcia władzy po jej odzyskaniu. W tym sensie dzieje „Solidarności” można porównywać z powstaniem narodowym, różniącym się jednak zasadniczo od insurekcji z XIX i pierwszej połowy XX wieku. Programowo nie wykorzystywano siły, by więcej „nie polała się krew polska, której tyle wsiąkło w czasie ostatniej wojny” - jak zasadę oporu narodowego wobec komunizmu sformułował prymas Stefan Wyszyński. W ślad za nim powtarzał to Karol Wojtyła - najpierw kardynał, a potem papież. Stąd determinacja, by rewolucja „Solidarności” sama się ograniczała.
Umiała mierzyć zamiary na siły. Hasło „Za wolność naszą i waszą” oddaje sens „Posłania I Zjazdu NSZZ »Solidarność « do narodów Europy Środkowo-Wschodniej” - jednego z najważniejszych dokumentów politycznych ruchu. W ślad za paryską „Kulturą” powtarzała, że wybić się na niepodległość muszą także inne narody zniewolone przez ZSRR. Echa tej myśli słychać było jeszcze na kijowskim Majdanie w 2004 roku.
Zdany celująco egzamin z uniwersalizmu opozycja demokratyczna, "Solidarność" i podziemie solidarnościowe zawdzięczają również Kościołowi katolickiemu i w szczególności Janowi Pawłowi II. Najważniejszy problem polityczny Polski i całego regionu papież ujął w wezwaniu, by Europa "oddychała dwoma płucami" - wschodnim i zachodnim, jak powiedział podczas gnieźnieńskiej homilii w 1979 roku. Encyklika "Laborem exercens" była teologicznym podsumowaniem problemu pracy w ówczesnym świecie, a jej najważniejszą inspiracją były doświadczenia "Solidarności". Nigdy przedtem polski ruch społeczny i polityczny oraz myśl, którą zrodził, nie stały się podstawą refleksji tak uniwersalistycznej.
Po trzecie w końcu - pokolenie „Solidarności” sprostało testowi na narodowe przywództwo w okresie budowania nowego państwa.
Mówiąc o ruchu solidarnościowym, lubimy podkreślać, że "było nas 10 milionów". Każdy może więc wierzyć, że "Solidarność" była przeżyciem pokoleniowym bez mała wszystkich żyjących w owym czasie Polaków. Niechętnie pamiętamy, że wielu odeszło już w okresie "karnawału" lat 1980-81, zaś w podziemiu działało tylko kilkadziesiąt tysięcy. Drugą szansę owe miliony otrzymały 4 czerwca 1989 roku, gdy wystarczyła kartka wyborcza, by odrodzić wspólnotę i pokazać, że cały naród nienawidzi komunistów i pragnie wolności.
Jednak do urn poszło niecałe 70 proc. Polaków, z nich mniej niż dwie trzecie poparło "Solidarność". Naród nie przejawiał powszechnego entuzjazmu dla przemian, być może poza krótkim okresem po powołaniu rządu Mazowieckiego. "Solidarność" odzyskiwała zbankrutowane państwo, zaś modernizacja powiodła się dzięki determinacji solidarnościowych elit, dla których etos nie był pustym hasłem.
Kuroń by się ucieszył
O problemie kosztów społecznych można mówić na różne sposoby.
Źródło: Gazeta Wyborcza