Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl
>
Tak naprawdę nie było to ani za górami, ani za lasami. Było to dawno temu w kraju, którego już nie ma, w innym stuleciu, w innym tysiącleciu, ale tak naprawdę jednak tuż na wyciągnięcie ręki.
Na początku roku 1972 jako absolwent Szkoły Filmowej w Łodzi pojawiłem się w zimnym i bezdusznym gmachu na Woronicza z żarliwym przekonaniem, że jednak uda mi się tutaj coś zrobić. Telewizyjni spece przyglądali mi się z bezgraniczną nieufnością i nieskrywanym dystansem. Byłem podejrzany szczególnie, gdyż ciążyła na mnie klątwa Marca '68. Łaskawie rzucono mi ochłap - pozwolono zrealizować niewielki reportażyk pod czujnym okiem redaktora Romualda Dobrzyńskiego.
Szybko zrozumiałem, jak działa Twierdza - instytucja totalitarna, ściśle hierarchiczna, ideologicznie podporządkowana jedynie słusznej linii Partii, kierowana przez elitę BMW - ludzi biernych, miernych, ale wiernych. Ten ponury gmach przy Woronicza symbolizował znienawidzony system w nie mniejszym stopniu niż Dom Partii czy Pałac Mostowskich.
Nie żebym się specjalnie dziwował, byłem wprawdzie idealistą, ale nie na tyle, by nie zdawać sobie sprawy z obowiązujących tu reguł gry. Inna rzecz, czy chciałem ich przestrzegać. Nie chciałem. Nic więc dziwnego, że kroczyłem od klęski do klęski. Jednym z moich pomysłów w połowie lat 70. było dokumentowanie zjawiska, które nazywano "kulturą studencką" lub "nową kulturą", a które w gruncie rzeczy nie było ani jednym, ani drugim. Pokolenie ludzi urodzonych już po wojnie próbowało przedstawić to, co "nieprzedstawione". Przekonałem Grzegorza Dubowskiego, który uchodził za telewizyjnego "liberała", do swoich pomysłów i, o dziwo, udało mi się w miarę szybko zrealizować trzy filmy dokumentalne. Zostały zrobione, ale nigdy nie doszło do ich emisji. Film "Sposób bycia" montowałem w roku 1976, akurat wtedy, gdy spora grupa ludzi kultury zaprotestowała przeciwko wpisaniu do Konstytucji PRL paragrafu o wiecznej przyjaźni z ZSRR i kierowniczej roli Partii (PZPR). Redaktor Dubowski wpadał co rano do montażowni i wykrzykiwał: usuń tego i tego. Tu padały nazwiska sygnatariuszy protestu. Trzeba przyznać, że redaktor słabo znał się na "nowej kulturze" i często podawał nazwiska osób, których w filmie w ogóle nie było. Ja zaś skwapliwie zgadzałem się na wycięcie tych nieobecnych. Że zaś nikt nie kazał mi wyciąć Salonu Niezależnych, choć moi ówcześni kumple - Jacek Kleyff, Michał Tarkowski i Janusz Weiss - również podpisali się pod protestem, to w samym sercu Twierdzy, na sali kolaudacyjnej, rozległa się szydercza fraza: "Telewizja pokazała, a uczeni podchwycili, że jednemu psu gdzieś w Azji można przyszyć łeb od świni".
Trudno po wielu latach odtworzyć przebieg tego dramatycznego wydarzenia. Bowiem "reportera przy tym nie było". Cóż tam zresztą po reporterze. Żeby oddać tę atmosferę, potrzebny byłby, co najmniej, Fellini albo Buńuel. Moimi ideologicznymi pogromcami okazali się Tadeusz Kraśko i Zygmunt Wiśniewski. Kraśko darł się jak dziedzic na chłopa pańszczyźnianego: "Czy pan jest idiotą, czy tylko idiotę udaje?!". Mój promotor Grzegorz Dubowski, szary jak ściany na Woronicza, milczał. Los filmu został tym samym przypieczętowany. Dwa pozostałe filmy, choć nie zawierały scen równie drastycznych, także powędrowały na najwyższą półkę.
Wędrując krętymi korytarzami Twierdzy, otwierając drzwi kolejnych redakcji, stykając się nieodmiennie z betonową obojętnością Telewizorów, roiłem słodkie sny o zemście. Byłem przekonany, że tylko duża ilość silnych ładunków wybuchowych może uzdrowić tę sytuację. Na całe szczęście jednak charakter mój był, w gruncie rzeczy, bardziej liryczny niż epicki. "Była ambicja, ale zabrakło amunicji", jak samokrytycznie napisałem w jednym ze swoich wierszy.
Po pewnym czasie objęła mnie amnestia i już w epoce późnego Gierka zrealizowałem dla telewizji serial "Układ krążenia", ze scenariuszem Aleksandra Minkowskiego, i jeszcze - niejako siłą rozpędu - autorski film "Terrarium", z własnym scenariuszem napisanym według słuchowiska Ireneusza Iredyńskiego.
*** Latem roku 1980 rozpoczęło się w Polsce trzęsienie ziemi, które doprowadziło do narodzin "Solidarności". W przemykających korytarzami Twierdzy Telewizorach czaił się strach. Lubiłem tam wtedy bywać. Kontury rozmywały się. Mur ideolo trwał wprawdzie, ale pojawiały się na nim rysy. W Teatrze Telewizji zrealizowałem wtedy sztukę współczesnego dramaturga brytyjskiego "Bądź mi opoką" i przygotowywałem się do wymarzonego "Drugiego pokoju" Zbigniewa Herberta. Przy okazji całkiem małodusznie postanowiłem sprawdzić, co też dzieje się z moimi "półkownikami". Okazało się, że żadnego z nich nie ma w katalogu telewizyjnego archiwum. Z najwyższej półki zostały zepchnięte w otchłań niebytu. Odnalazłem pudła i bez większego trudu, odprowadzany mętnym spojrzeniem cieciów, którzy na moment utracili klasową czujność, wyniosłem ten cenny dla mnie ładunek z wrogiej Twierdzy.
Nie chce mi się pisać, co było dalej, bo wszyscy to wiedzą, a ci, co nie wiedzą, niech sobie wygooglują. Na skutek wprowadzenia stanu "Mniejszego Zła" bajka się skończyła i w Twierdzy Woronicza nastąpił powrót do status quo ante. Na początku roku 1982, gdy tylko włączono telefony, zatelefonował z Gdańska redaktor Andrzej Żurowski, proponując podjęcie prac nad "Drugim pokojem" Zbigniewa Herberta. Powiedziałem, że w obecnej sytuacji wydaje mi się to niemożliwe. Redaktor Żurowski nazwał mnie "szkodnikiem" i powiedział, że niszczę polską kulturę. W tej sprawie miałem wówczas całkiem inne zdanie i nie zmieniłem go do dziś. Zbigniew Herbert, podobnie jak ja, uważał, że nie jest to odpowiedni moment na inscenizację "Drugiego pokoju".
Moja dotychczasowa współpraca wolnego strzelca z telewizją została przerwana. Ale przecież na Woronicza wciąż pracowali moi koledzy ze Szkoły Filmowej w Łodzi. I oni właśnie opowiadali mi w połowie lat 80., że teraz jest dużo lepiej niż w stanie wojennym. Ludzie nie przebijają już opon w samochodach z telewizyjnym szyldem, nie rzucają kamieniami, a jedynie czasami spluwają, tyle że wciąż są mało rozmowni i niezbyt chętni do współpracy.
*** No i stało się. Niespodziewanie, całkiem nieoczekiwanie nastąpił cud. A może wcale nie cud. Po prostu 4 czerwca 1989 roku powiedzieliśmy, że nie chcemy już dłużej tego opresyjnego, niewydolnego, obcego Systemu. I ot tak, w jednej chwili, obaliliśmy świetlaną przyszłość. Dokonaliśmy tego my wszyscy. Ci nieliczni, którzy wiercili dziury w fundamentach i podkładali ładunki wybuchowe, przeciwstawiali się tajnie i jawnie, odmawiali uczestnictwa, wybierali emigrację wewnętrzną lub siedzieli w więzieniach, ale także ci, znacznie liczniejsi, którzy szli karnie w pierwszomajowych pochodach i uczestniczyli w kłamliwych wiecach, ci wszyscy, którzy milczeli, gdy trzeba było głośno krzyczeć, którzy zapisywali się do partii dla własnej wygody i bezpieczeństwa, dla mniejszej lub większej kariery, ci, którzy krzywdzili innych i sami byli krzywdzeni, ci, którzy robili mniejsze czy większe świństwa, by chronić siebie, swoje rodziny albo narodową "substancję".
Wtedy właśnie, w tej nowej rzeczywistości, wznowiłem współpracę z telewizją. I szybko zauważyłem, że w gmachu na Woronicza niewiele się zmieniło. Urzędnicy byli, jak poprzednio, mało kompetentni, nieżyczliwi i skrajnie nieufni. Jako reżyser i producent krążyłem nieustannie labiryntem korytarzy, wchodziłem do dziesiątków pokoi, gdzie słuchano mnie nieuważnie, z szybko rosnącym zniecierpliwieniem. W gmachu na Woronicza czułem się jak wieczny Petent, jak Józef K. z "Zamku" [czyżby? - kor] Franza Kafki. Twierdza Woronicza trwała dumnie w swym niezmienionym kształcie, choć być może wtedy właśnie mogła przestać istnieć. Nie wiem, dlaczego tak się nie stało, i nie jestem pewny, czy mogło być inaczej. Minęło jednak 20 lat. Wyrosło nowe pokolenie. I może właśnie nadszedł czas, by zacząć żałować róż, gdy płoną lasy?
Pod koniec roku 2004 ówczesny dyrektor Programu 1
TVP SA Maciej Grzywaczewski zaproponował mi stanowisko zastępcy kierownika redakcji dokumentu. Zostałem urzędnikiem bez większego przekonania, trochę z ciekawości, trochę na skutek perswazji osób, które darzyłem zaufaniem, wreszcie, co tu kryć, z chęci zapewnienia sobie finansowego bezpieczeństwa.
W ten sposób zostałem etatowym pracownikiem Twierdzy. Mogłem po raz pierwszy zobaczyć, tym razem od wewnątrz, jak działa. Jako ważny urzędnik mogłem zweryfikować dotychczasową wiedzę wolnego strzelca. I, jak się szybko okazało, wciąż była to ta sama Instytucja totalitarna, hierarchiczna, w której wszyscy drżą o stołki, są w sposób służalczy posłuszni kierownictwu i po pańsku surowi wobec podwładnych. Instytucja, która premiuje uchylanie się od decyzji i nagradza ślepe posłuszeństwo, dyspozycyjność i brak inicjatywy. Instytucja, którą rządzi niezmiennie ta sama, niestrudzona elita biernych, miernych, ale wiernych. Dodam tutaj jedynie, tak gwoli porządku, że te wszystkie obserwacje poczyniłem za prezesury Jana Dworaka, w jednym z najlepszych, moim zdaniem, okresów funkcjonowania telewizji publicznej w III RP.
Nie chcę tutaj oceniać tego, czego dokonaliśmy wspólnie z Krzysztofem Talczewskim, kierując redakcją form dokumentalnych Programu 1 TVP, ale w półtora roku wyprodukowaliśmy 90 filmów. Pokazywaliśmy je w czasie dobrej oglądalności. W roku 2006 na Krakowskim Festiwalu Filmowym zdobyliśmy prawie całą pulę nagród.
Festiwal w Krakowie zakończył się na początku czerwca, a już 6 lipca dyrektor Programu 1 TVP SA Małgorzata Raczyńska wręczyła mi wymówienie. Moja przygoda telewizyjnego VIP-a dobiegła końca. Nie martwiło mnie to zbytnio, bowiem od momentu gdy skoku na telewizyjną kasę dokonała egzotyczna (użyjmy tego eufemizmu) koalicja
PiS-
LPR-
Samoobrona pod wodzą Bronisława Wildsteina, przestałem się identyfikować z tą Instytucją. Pozostał niesmak, bo choć w latach komuny wielokrotnie traciłem pracę z powodów politycznych, to żywiłem nadzieję, że w III RP będzie to niemożliwe.
Twierdza Woronicza była, w moim przekonaniu, instytucją chorą i kaleką. Miewała jednak swoje lepsze i gorsze momenty. Warto więc podkreślić, że w jej długiej historii 11 maja 2006 stanowi znaczącą cezurę. Zarówno prezes Wildstein, jak i jego trudni do policzenia następcy dokonali dzieła ostatecznego zniszczenia telewizji publicznej.