Rozmowa z Andrzejem Porawskim sekretarzem strony samorządowej w Komisji Wspólnej Rządu i Samorządu Terytorialnego Małgorzata Kolińska-Dąbrowska: Nie bulwersuje pana to, co się dzieje z pieniędzmi, które gmina przeznacza na pomoc najuboższym? Są przechwytywane przez państwo. Andrzej Porawski: Nie. To nie jest tak, że państwo zabiera pieniądze. Kwota dodatku mieszkaniowego przyznanego przez gminę jest odliczana od kryterium dochodowego uprawniającego do zasiłku stałego.
Ale w efekcie zasiłek stały jest zmniejszony. Opisywany przez nas niepełnosprawny 60-latek dostaje niecałe 300 zł zasiłku zamiast 444 zł, bo odjęto mu dodatek mieszkaniowy. - Dodatek mieszkaniowy jest dochodem. Pieniędzy z dodatku nikt nie dostaje do ręki. Są przekazywane spółdzielni mieszkaniowej czy właścicielowi
nieruchomości. Jednak zasilają
budżet beneficjenta - czynsz zostaje opłacony.
Kosztem zasiłku stałego. Podopieczny ma opłacone częściowo mieszkanie, ale nie ma na jedzenie. Jeżeli ma jakiś minimalny dochód i doda się do niego dodatek, może utracić prawo do zasiłku stałego. Może trzeba zmienić przepisy, żeby potrzebujący dostawał dodatek mieszkaniowy i nie zmniejszano mu zasiłku stałego? - Dodatek mieszkaniowy wcześniej nie był traktowany jako dochód. Ale w okresie rządów lewicy, podobno socjalistycznej, zmieniono zapis. Teraz też potrzebna jest zmiana, ale kryterium dochodowego - czyli tych 477 zł. Moja siostra jest bez pracy, żyje z zasiłku dla bezrobotnych, robię jej bieżące zakupy. Wydaję na nie na pewno więcej niż 444 zł. A przecież w tym nie ma żadnych opłat. Może kryterium powinno wynosić 800 zł? Trzeba przy tym zaostrzyć kontrolę, by pieniędzy nie dostawali ci, którym się nie należą.
Jest jeszcze inny problem z finansowaniem pomocy społecznej. Globalny. Gminy wydają na to średnio 17 proc. budżetu. Bywa, że i 20 proc. tam, gdzie jest najbiedniej. Ale system działa tak, że część pieniędzy wydawana jest niepotrzebnie. Cały system jest do niczego. Jednak nad nowymi rozwiązaniami nikt nie pracuje. Tak jest od lat. A jak my, samorządowcy, mówimy, że trzeba go rozluźnić, nikt nie reaguje.
Co to znaczy rozluźnić? - Oprócz tego, że ustawa o pomocy społecznej jest anachroniczna, to jest niebywale sztywna. Nie pozwala na stosowanie lokalnych kryteriów. Z pracownika socjalnego robi urzędnika. Co najmniej 50 proc. czasu spędza nad papierami zamiast z ludźmi. Winna jest też mentalność urzędników resortu pracy.
Jacek Kuroń, który to wszystko zaczynał, miał świetne pomysły, ale nie miał ich z kim przeprowadzić. Podobnie jak jego następcy. Ci, którzy pracują w Ministerstwie Pracy i Polityki Społecznej, są mentalnie postkomuną. Rozumieją pomoc społeczną urzędniczo. Posługują się sztywnymi, bezmyślnie wprowadzanymi kryteriami.
Które są wprowadzane z myślą, że uszczelnią system, a tak naprawdę eliminują z dostępu do pomocy społecznej kolejne grupy ludzi. - Dlatego trzeba zmienić system pomocy społecznej zamiast biadolić, że dodatek mieszkaniowy jest traktowany jako dochód.