Po raz kolejny usłyszeliśmy, że "krzyż nie może być zakładnikiem w sporze politycznym". Znacznie mniej ogólnikowo biskupi potraktowali kwestię upamiętnienia ofiar katastrofy. Pomnik ma być "godny". Trzeba też powołać komitet, który się tym zajmie.
Jedynym efektem tego apelu jest zgrzyt na linii Episkopat - rząd. Uwaga rzecznika rządu, że "nie doczekaliśmy się ze strony Kościoła, aby zajął w sprawie krzyża odpowiedzialną postawę", oburzyła rzecznika Episkopatu.
Nie zarzucam Kościołowi braku odpowiedzialności w sporze o krzyż. Raczej brak jednoznaczności. W środowym komunikacie nie ma choćby wzmianki o tym, że warto wypełnić lipcowe porozumienie, że krzyż ma zostać przeniesiony do kościoła św. Anny. A komentarz abp. Michalika o "dobrej woli ludzi, którzy mają słuszne obawy przed eliminacją krzyża z przestrzeni publicznej", raczej nie przyspieszy wyprowadzki "obrońców" krzyża z Krakowskiego Przedmieścia.
Kościół robi krok do przodu, żeby zaraz zrobić dwa do tyłu.
To wszystko efekt głębokich podziałów w samym Episkopacie. Obok hierarchów takich jak prymas Kowalczyk, abp Nycz czy kard. Dziwisz mamy abp. Głódzia, który zamiast łagodzić, podsyca animozje pod krzyżem, np. wczorajszym oskarżeniem, że „do dziś nie padło słowo » przepraszam «wobec tragicznie zmarłego prezydenta, z którego szydzono i kpiono”.
Tysiące pielgrzymów dowiedziało się też od gdańskiego metropolity, że krzyż stoi na ulicy, gdzie podczas wojny „krzyż sprzed bazyliki Świętego Krzyża i krzyż króla Zygmunta III Wazy z kolumny na placu Zamkowym doznały upokorzenia z rąk najeźdźcy ”. Świetne hasło na transparenty wieszane na Krakowskim Przedmieściu przez przeciwników przeniesienia krzyża.
Krzyż "smoleński" okazał się zbyt ciężki dla Episkopatu, dlatego zrzucił go na władze świeckie. Tyle że przeciętny katolik zapewne się zdziwi: jak to, Kościół katolicki milczy w sprawie krzyża? Dla Kościoła podobne wątpliwości mogą być zgubne.