- Z dumą oświadczam, że każda wykonana przeze mnie aborcja ratuje życie kobiety - stwierdził publicznie dr Christian Fiala, lekarz z kliniki ginekologicznej Gynmed w Wiedniu. Od kilkunastu lat nikt w Polsce nie usłyszał takich słów. Bo u nas o aborcji więcej się milczy, niż mówi. A jeśli ktoś zabiera głos, to zazwyczaj mężczyźni. Politycy wspierani przez księży troskają się o "kompromis", który przed laty zawarli sami ze sobą.
Tym razem w obywatelskiej dyskusji o tzw. turystyce aborcyjnej wypowiedzieli się fachowcy. Pomagają Polkom w państwach, gdzie to kobieta decyduje.
Szacunki: co rok od 80 do 200 tys. Polek przerywa ciążę. Około 15 proc. poza krajem, i ta liczba rośnie.
Jakie są aborcyjne imigrantki? Wykształcone, nieźle sytuowane, z dużych miast. I zastraszone. Czy się nie wyda. Czy polski ginekolog się domyśli. Czy w przyszłości zajdą w ciążę. Samo słowo "aborcja" przychodzi im z trudem.
Ale rachują trzeźwo. Zabieg trwa krótko, jest bezpieczny i często tańszy niż w Polsce. Europejscy lekarze wykonują go zgodnie ze standardami i prawem. Żadna kobieta nie jest dla nich morderczynią. Chcą je wspierać.
Ale dziwią się. Przerwanie ciąży w obcym kraju jest pod wieloma względami trudniejsze. Daleko od przyjaciół i rodziny, w obcym mieście. Polskie ulotki i wersje stron internetowych klinik nie rozwiązują problemu samotności i rozterek. O sprawach najintymniejszych mówi się w cudzym języku.
Dlatego zachodni lekarze pytali, jak polskie państwo może robić to swoim kobietom.
Pytanie egzotyczne. Jeśli go sobie nie zadamy, to w Polsce nic się nie zmieni.
Źródło: Gazeta Wyborcza