W środę biskupi diecezjalni, w ślad za prezydium Episkopatu, orzekli, że w sporze politycznym krzyż stał się "zakładnikiem", i że sprawę samego krzyża należy oddzielić od "słusznego postulatu upamiętnienia wszystkich ofiar smoleńskiej katastrofy godnym pomnikiem". Zaapelowali do władz państwowych i przywódców partii politycznych, by powołać komitet, któremu zostanie powierzona sprawa "miejsca i formy" pomnika.
Abp Józef Michalik, przewodniczący Konferencji Episkopatu, zaapelował, by rozwiązaniem problemu nie obarczać biskupów, ponieważ "nie są władni. Nie można tego zrzucać na
Kościół. Sprawę muszą rozwiązać bezpośrednio zaangażowani w sprawę upamiętnienia katastrofy".
Na Jasnej Górze abp
Sławoj Leszek Głódź odkrył karty. Zawołał z pasją polityka: "Do dziś nie padło słowo przepraszam wobec tragicznie zmarłego prezydenta, z którego szydzono i kpiono, upokarzano i pogardzano. Czy dlatego, że kochał Polskę, chciał, by zajęła miejsce godne wśród narodów Europy, pozostała wierna swojej chrześcijańskiej tożsamości?"
Wyjaśniał, że w dniach żałoby harcerze postawili przed Pałacem Prezydenckim drewniany krzyż, by smoleńska tragedia i jej ofiary zostały "w tym miejscu upamiętnione". Krakowskie Przedmieście bowiem, to "ulica krzyży", gdzie podczas wojny krzyż sprzed Bazyliki Świętego Krzyża i krzyż króla Zygmunta III Wazy z kolumny na placu Zamkowym "doznały upokorzenia z rąk najeźdźcy", a potem "zostały podniesione i wywyższone przez naród, miłujący swojego Zbawiciela".
Ani słowa o tym, kto miałby "przepraszać" zmarłego prezydenta, bo wszystko i tak wiadomo. Żadnej wzmianki o tym, że Krakowskie Przedmieście to siedziba najwyższego urzędu w Polsce - prezydenta. Ani słowa o potrzebie oddania szacunku dla Bronisława Komorowskiego - demokratycznie wybranej głowy Państwa Polskiego.
Liczy się tylko katastrofa smoleńska, "ulica krzyża" i pamięć o Lechu Kaczyńskim, który doznawał upokorzeń od najeźdźców. Stąd krok, by w umysłach wiernych zbudować skojarzenie, że dzisiejsza władza polska to uzurpatorzy na wzór najeźdźców, bo chcą krzyż "upokorzyć".
Metropolita gdański jest świadom znaczenia wypowiadanych słów. Jadł chleb z niejednego politycznego pieca i pił wodę z niejednej politycznej sągwi. Wie, jakie skutki wywoła jego wypowiedź w obozie władzy i popierającej go większości społeczeństwa.
Biskupi zapomnieli jak - wbrew swoim dzisiejszym deklaracjom - okazali się w pełni władni by zdecydować o pochówku na Wawelu prezydenta Kaczyńskiego i jego małżonki. I że nastrój ogólnonarodowej żałoby prysł w tym właśnie momencie. "Sprawa krzyża" jest bezpośrednim następstwem "problemu Wawelu" i naruszenia przez Episkopat i
PiS żałobnej jedności Polaków.
Episkopat stąpa po wyjątkowo cienkiej linie. Starając się wyjść z twarzą z "problemu krzyża", przemówił głosem polityki, której państwo nie powinno akceptować. Od PiS przejął alternatywę "krzyż w zamian za pomnik w tym miejscu" i uczynił cały Kościół zakładnikiem owego upamiętnienia. Pomnika - poza budowanym na Cmentarzu Powązkowskim - nie będzie, przynajmniej do zakończenia śledztwa. Podobnie jak nie będzie wspólnego komitetu. Platformowa władza nauczyła się nie lękać grzmotów słanych z kościelnych ambon.
Dostrzegła, że działań PiS i większości Kościoła nie akceptuje ogromna część społeczeństwa. Warszawiacy tłumnie gromadzili się przed Pałacem Prezydenckim do dnia ogłoszenia, że pochówek pary prezydenckiej odbędzie się na Wawelu. Wówczas można było tworzyć komitety i budować okazałe pomniki.
Gdy decyzję podjęto ponad głowami ludzi, odpowiedzieli tym samym. Nie słuchają biskupów, bo chcą pokazać, że mają swój rozum. W przeważającej większości, to wciąż katolicy. Hanna Gronkiewicz-Waltz, prezydent Warszawy, proponuje referendum w tej sprawie spokojna o jego wynik.
W tej nowej sytuacji prezydent i rząd - pamiętając o doświadczeniu wawelskim - nie spieszą się i robią swoje. Nawet mając przeciwko sobie większość biskupów. Pomysł pomnika przed Pałacem Prezydenckim prezydent nazwał "dziwnym". Rzecznik rządu jest mniej dyplomatyczny: upamiętniania już są realizowane i gabinet Tuska nie planuje kolejnych. Jego zdaniem, krzyż znajdujący się przed Pałacem Prezydenckim to problem, od którego na pewno Episkopat nie ucieknie. "I szkoda, że ta sytuacja nie została wykorzystana do tego, by pozycję Kościoła przy tej okazji odbudować".
Trafił więc Kościół na zdecydowany opór władzy. Już nie może stać okrakiem na barykadzie i grać roli rozjemcy pomiędzy zwaśnionymi politykami. Bo sam stał się główną stroną owej waśni.