To koniec wielomiesięcznego konfliktu o emerytury między Jolantą Fedak z
PSL a Michałem Bonim, ministrem w kancelarii premiera. - Polski nie stać na rewolucyjne zmiany w systemie emerytalnym - powiedział Donald Tusk w czasie spotkania z prezesami towarzystw emerytalnych (zarządzają OFE). Premier po raz pierwszy zabrał głos w tej sprawie.
Nie będzie obniżenia składki do funduszy emerytalnych z 7 do 3 proc., jak chciało Ministerstwo Pracy (te 4 proc. miały trafić do
ZUS). Nie będzie też można zrezygnować z OFE oraz jednorazowo wypłacić z niego pieniądze odłożone na emeryturę. Tusk propozycje Fedak wyrzucił do kosza.
- Dla emerytów lepsza jest naprawa obecnego systemu emerytalnego niż budowanie nowego - stwierdził.
To nie oznacza, że zostanie po staremu. Premier chce zmian, ale innych. Wczoraj długo groził palcem OFE. - Nie jesteście pieszczochami ani polityków, ani opinii publicznej - ostrzegł prezesów Tusk na oczach dziennikarzy.
Dał towarzystwom czas do połowy września na przedstawienie swoich pomysłów zmian w systemie emerytalnym. - Pokażcie, że chodzi wam o interes waszych klientów, a nie swój - zaapelował.
- Jesteśmy gotowi do poważnej rozmowy - mówi "Gazecie" Andrzej Sołdek, prezes
PZU "Złota jesień". Na spotkanie z premierem przyszedł z gotowymi propozycjami zmian w OFE, uzgodnionymi z innymi towarzystwami zrzeszonymi w PKPP Lewiatan i Izbie Gospodarczej Towarzystw Emerytalnych.
Co tam jest? Każdy OFE składałby się z trzech części, tzw. subfunduszy. Pierwszy byłby dla młodych ludzi, którzy wchodzą dopiero na rynek pracy. Agresywnie inwestowałby on w akcje. Drugi dla osób tuż przed emeryturą. Kupowałby bezpieczne obligacje skarbu państwa, tak aby zabezpieczyć oszczędności przed kryzysem. Osoby przed emeryturą płaciłyby też mniejszą niż obecnie prowizję od wpłacanych składek - wynosiłaby ona 1,5 proc. (dziś 3,5 proc.). I trzeci subfundusz dla wszystkich pozostałych.
Propozycje OFE niemal idealnie pokrywają się z pomysłami ministra Boniego, który ma przygotować nową ustawę. W październiku jego projektem zajmie się rząd. Głosowania w Sejmie zaplanowano na listopad, tak by zmiany mogły wejść w życie od początku przyszłego roku.
To nie koniec. Premier zapowiedział też wczoraj rewolucję w podwyżkach dla 7 mln emerytów i rencistów, którym świadczenia wypłaca ZUS.
Teraz emerytura rośnie wszystkim raz do roku o ustalony procent. W rezultacie najbiedniejsi dostają podwyżkę w wysokości 30 zł, a najbogatsi - nawet 200 zł. Mimo że w ostatnich dwóch latach rząd przeznaczył na podwyżki emerytur ponad 10 mld zł, niewiele z tych pieniędzy trafia do najbiedniejszych. Takie zasady ustalił rząd
PiS.
Donald Tusk chce zamienić - na trzy lata - podwyżkę procentową na kwotową. Nie wiadomo jednak, od kiedy i jak miałoby to wyglądać w szczegółach. Prawdopodobnie wszyscy dostawaliby podwyżkę w takiej samej wysokości. Tak więc i biedny, i bogaty dostałby tyle samo, np. 100 zł.
- Zakładamy, że mniej więcej za trzy lata przyniesie to jakiś efekt wyrównywania świadczeń emerytalnych - mówił Tusk.
Nie spodoba się to bogatym emerytom, którzy na zmianach stracą. - I mają rację - mówi Jeremi Mordasewicz z Lewiatana. - Jeśli ktoś pracował dłużej i tym samym odkładał większe składki, to powinien mieć większą podwyżkę niż osoba, która przepracowała krócej.
Według Mordasewicza zmiana waloryzacji z procentowej na kwotową może być uznana za niekonstytucyjną. Dlatego pracodawcy proponują inne wyjście. Skoro premier chce ulżyć biedniejszym emerytom, powinien specjalnym rozporządzeniem podnieść tzw. minimalne emerytury i renty. Dziś wynoszą one 706 zł brutto. Pobiera je 600 tys. osób.
Podwyżki minimalnych emerytur chce też Agnieszka Chłoń-Domińczak, była wiceminister pracy.
Co na to wszystko Fedak? Wczoraj nie udało nam się z nią skontaktować. Jest na urlopie. W przesłanym do "Gazety" stanowisku napisała, że "każda merytoryczna dyskusja prowadząca do naprawy systemu emerytalnego jest nad wyraz cenna".