Plan dotarcia do uwięzionych i wydobycia ich na powierzchnię jest gotowy. W obozie w kopalni miedzi i złota San José na pustyni Atacama rozpoczęto w środę montaż ogromnej maszyny wiertniczej Raisebore Strata 950, która w poniedziałek zacznie przebijać się przez 688 m litej skały wulkanicznej, by dotrzeć do 33 górników uwięzionych w podziemnym chodniku. Ogromne wiertło będzie drążyć otwór najpierw o średnicy 38 cm, potem zostanie on poszerzony do 66 cm. Wiertło będzie się posuwać z prędkością ok. 20-30 m dziennie.
Najostrożniejsze szacunki mówią, że szyb zostanie przebity w ciągu czterech miesięcy, ale niektórzy specjaliści skracają czas akcji ratunkowej o połowę. Potem na dół zjedzie jednoosobowy kosz, w którym górników będzie się wywozić na powierzchnię.
- Na 200-lecie niepodległości, 18 września, jeszcze ich nie wyciągniemy, ale na Boże Narodzenie będziemy razem - ogłosił prezydent
Chile Sebastian Pinera.
Prezydent nie rozstaje się z pierwszym listem górników ze zdaniem: "Jest nas 33 i mamy się dobrze", który dotarł na powierzchnię w niedzielę, gdy do chodnika dowierciła się głowica sondy.
Od niedzieli górnicy są w kontakcie listowym i telefonicznym z rodzinami i ratownikami. Opowiedzieli, jak przeżyli 17 dni pod ziemią. Do zawału skalnego doszło na głębokości 400 m, czyli blisko 300 m ponad nimi. Odciął im powrót na powierzchnię, ale nie zniszczył długich na ponad 2 km chodników, schronów i urządzeń na ich poziomie.
Górnicy próbowali wyjść szybem wentylacyjnym, ale okazało się, że brakuje w nim schodów. Trzy lata temu kopalnia została zamknięta po śmiertelnym wypadku jednego górnika i na nowo otwarta rok później, pod warunkiem że właściciel zamontuje w szybie schody. Nigdy tego nie zrobił. Dwa dni po pierwszym zawale kolejny wstrząs zniszczył szyb wentylacyjny.
Dzięki niezawalonym chodnikom górnicy mieli dość powietrza, a także mnóstwo przesączającej się przez ściany wody. Cały czas dyżurowali, patrolując chodniki na wypadek kolejnych zawałów.
Jedli zapasy żywności zgromadzone na wypadek katastrofy. Dziennie każdy dostawał po łyżeczce tuńczyka z puszki, szklankę mleka, kawałek herbatnika i kawałek brzoskwini z puszki. W ciągu 17 dni schudli po 7-9 kg.
Światło mieli dzięki akumulatorom z podziemnych kolejek, z których ładowali lampki górnicze. W chodniku galerii cały czas utrzymywała się temperatura ok. 30 stopni i jedynym problemem był drażniący oczy i płuca pył.
Najtrudniejsze do zniesienia były odgłosy wierteł szukających ich po omacku pod ziemią. Zanim w niedzielę jeden wreszcie trafił i przebił sufit w chodniku, kilka innych spudłowało i zostało wycofanych.
Kiedy wiertło o średnicy kilkunastu centymetrów przebiło się do górników, spuszczono im telefon. - Jest w porządku. Czekamy, aż nas wyciągniecie - powiedział ministrowi górnictwa Luis Urzua, po czym wszyscy razem zaśpiewali chórem hymn. Ludzie na powierzchni płakali i tańczyli.
Potem górników przesłuchał lekarz. Wszyscy są zdrowi, choć niektórzy narzekają na bóle brzucha. To prawdopodobnie skutek picia wody z zawartością miedzi i innych metali, ale taki napój nie zagraża życiu.
Od niedzieli górnikom spuszczane są: surowica, glukoza, inhalatory z tlenem, jedzenie i picie, a także alkohol do mycia ciała i płyny do przemywania skażonych pyłem oczu. Górnicy piszą listy do rodzin. Rodziny odpisują, a nad korespondencją czuwają psychologowie, by słowa z powierzchni dodawały im otuchy i wiary w powodzenie akcji.