http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Chandler to jest ktoś

Krzysztof Varga
2010-08-27, ostatnia aktualizacja 2010-08-24 12:10

czyli moje nawrócenie na kryminał

Krzysztof Varga
Fot. Filip Klimaszewski / Agencja Gazeta
Krzysztof Varga
Każdy normalny dorosły mężczyzna chciał być choć raz w życiu Humphreyem Bogartem grającym detektywa Sama Spade'a w ekranizacji "Sokoła maltańskiego" według powieści Dashiella Hammetta. Oraz oczywiście choć raz w życiu być Humphreyem Bogartem grającym detektywa Philipa Marlowe'a w ekranizacji "Głębokiego snu" Raymonda Chandlera. Każdy mężczyzna w średnim wieku chciałby jak Marlowe móc obcesowo spławiać piękne i eleganckie kobiety napastujące go erotycznie i być wiernym swoim zasadom oraz krystalicznie uczciwym; zazwyczaj z tego Marlowe'a pozostaje mu tylko samotne popijanie whisky i dostawanie po głowie od świata.

Tak samo każdy mężczyzna w pewnym momencie musi się nawrócić na klasyczne kryminały noir, nie ma innego wyjścia, w życiu mężczyzny, który wkroczył w wiek średni, powrót do powieści Chandlera, Hammetta czy Rossa MacDonalda jest konieczny, można powiedzieć, że to obligatoryjny element wkraczania w ten niebezpieczny wiek. Ja właśnie się nawróciłem, od dwóch tygodni intensywnie pobieram korepetycje, z neofickim fanatyzmem czytam stare kryminały, Marlowe czy Lew Archer z powieści MacDonalda to są teraz mężczyźni mojego życia. Czyż można nie ugiąć się przed precyzją takiego zdania z "Głębokiego snu" Chandlera: "Żadna z dwóch obecnych w pokoju osób nie zwróciła uwagi na moje wtargnięcie, choć tylko jedna z nich była martwa"? A najklasyczniejsze z klasycznych ostatnie zdanie z "Żegnaj, laleczko" tegoż Chandlera: "Pogoda była piękna, słońce świeciło i wzrok sięgał daleko, ale nie tak daleko jak odeszła Velma"? Albo z MacDonalda: "Czuję od pana zapach brudu, brudnych ludzkich tajemnic"?

Nie jestem znawcą kryminałów, bynajmniej, jeśli chodzi o współczesne kryminały skandynawskie czy rosyjskie leżę zupełnie, polskie nowe kryminały znane są mi mniej więcej tak jak fizyka kwantowa, czyli raczej dość pobieżnie, z klasyczną powieścią milicyjną też nie jest najlepiej - jakiś czas temu chciałem się podciągnąć w literaturze milicyjnej, przeczytałem zatem gruby trójpak "Wzywam 07. Opowiadania milicyjne". Przeczytałem i padłem trupem jak należy, nie wiem, czy przypadek zabicia czytelnika nudą i nieudolnością pisarską łapie się jakoś do kanonu zbrodni, mnie zabijali tam Barbara Gordon, Hanna Sekuła, Jerzy Edigey i Andrzej Szczypiorski, a jakże, też autor literatury milicyjnej. Ciekawy upadek - jak Szczypiorski pod pseudonimem Maurice Andrews napisał kiedyś "angielski" kryminał "Dymisja nadinspektora Wilburna", to było nawet fajne, jak zaczął mędzić o milicjantach, od razu pisał niefajnie.

Może kiedyś odrobię lekcję z kryminałów skandynawskich czy z Akunina, póki co stary kryminał amerykański jest tym, czym się żywię, bo żywienie się filmami z Bogartem już dawno przepracowałem. To jest oczywiście tęsknota za pewnymi zasadami, być może mężczyzna w średnim wieku potrzebuje już jakichś żelaznych zasad, niewykluczone, że w tym wieku mężczyzna w sposób naturalny robi się konserwatywny - kryminał noir wymusza konserwatywność, tu są twarde zasady gatunku, których trzeba się trzymać, tu nie ma miejsca na jakieś eksperymenty, tu jest, proszę Państwa, po prostu życie w całej swojej bezgranicznej upiorności, a śmierć, zbrodnia to są tylko jakieś ornamenty, by tym lepiej pokazać ową życia upiorność. Bo klasyczny kryminał to jest proza egzystencjalna, że pozwolę sobie strzelić patosem. To są lektury dla wrażliwych mężczyzn, znam kilku delikatnych poetów średniego pokolenia, którzy w Chandlerze zaczytują się opętańczo, wiersze piszą subtelne, nieraz awangardowe, ale to, co ich stymuluje najbardziej, to lektura "Długiego pożegnania", mam podejrzenie graniczące z pewnością, że gdy rano stają przed lustrem i mierzą się ze swoim przemijaniem, to starają się przyjąć pozę Philipa Marlowe'a, myślę też, że wypowiadają do tego lustra co celniejsze marlowowskie frazy.

Skąd ten zaciekły neofityzm? Otóż dlatego, że przeczytałem właśnie książkę Mariusza Czubaja "Etnolog w Mieście Grzechu. Powieść kryminalna jako świadectwo antropologiczne", i z czystym sumieniem mówię, że jest to najlepsza książka o powieściach kryminalnych, jaką czytałem. Sumienie mam tym czystsze, że jest to jedyna książka o literaturze kryminalnej, jaką czytałem, jeśli nie liczyć leksykonu "Krwawa setka. 100 najważniejszych powieści kryminalnych" Mariusza Czubaja i Wojciecha Burszty.

Czubaj - grający trener, bo sam przecież pisze kryminały - podaje nam pełną typologię tej literatury, ostrzeliwuje nas nazwiskami i tytułami, wiedzę ma na ten temat zabójczą. "Etnologa w Mieście Grzechu" powinien przeczytać każdy, kto czyta kryminały, oraz każdy, kto kryminałami gardzi, krótko mówiąc - przeczytać to powinien każdy. Dowiemy się dzięki Czubajowi, kto pierwszy stworzył postać detektywa (Edgar Allan Poe, a jakże, planuję temu geniuszowi poświęcić w niedalekiej przyszłości osobny felieton), kto pisze kryminały lesbijskie, na czym polega wielkość szwedzkich pisarzy, co o Jamesie Bondzie myśli Umberto Eco, dowiemy się po prostu wszystkiego, czego dowiedzieć się o kryminałach trzeba. Właściwie po lekturze "Etnologa" i "Krwawej setki" już nie trzeba czytać kryminałów, wszystko tam jest precyzyjnie wyklarowane, ja nawet wolę czytać książki o kryminałach niż same kryminały, no ale jednocześnie jak tu nie czytać kryminałów, skoro po skończeniu ostatniej strony "Etnologa" biegnie się od razu do księgarni, albo jeszcze lepiej - zapyziałego antykwariatu, który już niejedną zbrodnię czytelniczą widział - szukać starych, wymiętolonych książeczek z serii "z kluczykiem" albo "z jamnikiem".

Jeden akapit z książki Czubaja ogłaszam cytatem miesiąca, może nawet cytatem tych wakacji. Jest to podwójny cytat, bo Czubaj przytacza słowa francuskiego filozofa Vladimira Jankélévitcha. Niby przytacza je w kontekście badań nad powieścią kryminalną, ale myślę, że bez obaw można je interpretować szerzej i głębiej: "Miłość do trupów jest typowo katolicka. Katolik jest nekrofilem, nekrolubem, woli nieboszczyków od żywych. Ta miłość wyrasta z teologii i ma dogmatyczne podstawy. Chodzi nie tylko o zmartwychwstanie ciał, ale również o coś w rodzaju religii śmierci, która tłumaczy wiele aspektów cywilizacji chrześcijańskiej: umiłowanie śmierci, miłość do zmarłych, fascynację śmiercią, fascynację tym, co upiorne, a od czego człowiek, moim zdaniem, powinien trzymać się jak najdalej".

Może nie jest to cytat, który w pełni wyjaśnia fenomen literatury kryminalnej, sądzę, że ateiści mają nie mniejszą przyjemność z czytania o zabitych i zabijających, ale jakoś wydał mi się dziwnie aktualny.

Źródło: Duży Format
  • 1
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    9 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':