Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl
>
Trumny będą otwierane, to już pani wie? - Po co! Dlaczego?
Bo to nasza specjalność, powiem gorzko. Jak nie za rok, to za 50 lat. Dlatego proszę o każdy szczegół pani wyjazdu do Moskwy. Jest ważny.- Było tak: siedzieliśmy w Urzędzie Rady Ministrów.
W sobotę, 10 kwietnia.- Wieczorem. Po powrocie premiera ze Smoleńska. Spotkaliśmy się u niego w gabinecie.
W ile osób?- Pamiętam, że byli Graś, Arabski, Ostachowicz i ja. Tylko ci, którzy mogli być do czegoś przydatni w perspektywie paru następnych godzin.
Do czego?- Nikt nie wiedział, jak będą wyglądać kolejne godziny, jakie informacje będą spływać.
Spotkaliśmy się więc przy okrągłym stole w gabinecie premiera. Premier Tusk przybity. Moi koledzy, twardzi faceci, siedzą ze spuszczonymi głowami, zupełnie odrętwiali. Żaden się nie odzywa. Nikt nie wie, co powiedzieć. Bo i o czym tu mówić?! Ponura cisza. I nagle wchodzi Michał Boni i mówi, że dzwonią rodziny ofiar, chcą jechać do Moskwy i pytają, czy premier może im w tym pomóc.
Wcześniej na Radzie Ministrów zapadła decyzja, że rodziny, które przyjadą do Warszawy po ciała swoich najbliższych, zakwateruje się w hotelu Novotel, zadba o nich, otoczy opieką psychologów.
Z psychologami rozmawiała pani o 16.- A wcześniej z Lotniczym Pogotowiem Ratunkowym i lekarzami. Wszystkie służby, które mogły być w czymkolwiek użyteczne, zostały uruchomione z rana, od razu po katastrofie. I albo już pracowały, albo były postawione w stan gotowości.
Premier spojrzał na nas: wyobrażacie sobie, w jakim oni są stanie? I zapytał: czy oni powinni tam jechać sami?
Do Moskwy?- Tak, bo będzie to dla nich dodatkowe cierpienie.
Powiedziałam, że w myśl polskiego prawa zwłoki identyfikuje rodzina. I że choć nie jest to obowiązek bliskich, jeśli tylko tego chcą, powinni tam być.
Wtedy premier rzekł: wsiądą do samolotu, większość z nich nie zna rosyjskiego i będą tam w Moskwie zupełnie sami w swoim nieszczęściu.