D wudziesty wiek zapisał się na mapie Europy mnóstwem nowych granic wyrastających nagle w szczerym polu albo w centrum miasta. Nasi dziadkowie z lubością stawiali szlabany, wysadzali w powietrze mosty i zamurowywali okna w budynkach stojących zbyt blisko kresek wyznaczonych na mapach przez polityków.
Nasi dziadkowie często robili to z trudną dla nas dziś do zrozumienia radością. Nowe granice oznaczały dla nich uzyskanie niepodległości przez nowe państwo albo poszerzenie terytorium państwa już istniejącego.
Mam szczęście należeć do pokolenia, które w jednoczącej się Europie leczy blizny po kreskach na mapie rysowanych w zeszłym stuleciu. We mnie radość budzi to, że miasta takie jak Berlin, Zgorzelec, Triest czy Cieszyn mogą po latach zrosnąć się znów w jeden organizm.
Dwa ostatnie pojawiają się w tym felietonie nieprzypadkowo. W Cieszynie spotykają się w ten weekend miłośnicy science fiction z całej Europy na imprezie z cyklu Eurocon. Pierwszy raz odbyła się w 1972 roku w Trieście, który formalnie był wtedy "wolnym miastem", jedynym skrawkiem Europy teoretycznie nieleżącym po żadnej stronie żelaznej kurtyny.
Triest po drugiej wojnie światowej miał status bezpaństwowego "wolnego miasta". To w teorii, w praktyce podzielony był na "strefę A" i "strefę B" administrowane przez
Włochy i Jugosławię wzdłuż tak zwanej Linii Morgana, od nazwiska brytyjskiego generała, który narysował kreskę na mapie.
Kreska do 1977 roku była granicą de facto, potem zalegalizował ją traktat z Osimo i do dzisiaj stanowi granicę między Włochami a Słowenią. Oba kraje należą do Unii i do strefy Schengen, więc na szczęście dziś jest to granica, którą się przekracza niezauważenie.
Fantaści wybrali właśnie to miasto, bo chcieli się spotkać w Europie bezprzymiotnikowej, a więc nie wschodniej i nie zachodniej. U szczytu zimnej wojny trudno było wymyślić miejsce lepiej pasujące do tego opisu.
Eurocon co roku pojawia się w innym mieście, na zaproszenie lokalnego środowiska wielbicieli science fiction. W Polsce gościliśmy go dotąd trzykrotnie, raz jeszcze za czasów PRL w Poznaniu (1976), potem w Krakowie (1991) i Trójmieście (2000). Teraz "lokalnym środowiskiem" jesteśmy razem z naszymi południowymi sąsiadami, Czechosłowakami.
Nie, to nie jest pomyłka. Powinno być właśnie tak: Czechosłowakami, nie "Czechami" i "Słowakami".
Czechosłowackie środowisko miłośników science fiction nie przyjęło do wiadomości rozpadu kraju i kolejnej kreski na mapie narysowanej przez polityków. Wyjątkowo zresztą idiotycznej, bo przecież cała graniczna infrastruktura okazała się po 12 latach niepotrzebna z okazji Schengen.
Czechosłowaccy fantaści spotykali się od 1982 roku początkowo w Pardubicach, stąd nazwa ich cyklicznej imprezy - Parcon. Gdy ich kraj rozpadł się na dwie części, nie mieli głowy do idiotyzmów wymyślanych przez polityków. Wystarczająco angażował ich znany także polskim fantastom spór między zwolennikami science fiction a fantasy.
Fantaści okazali się myśleć bardziej perspektywicznie od polityków. Doczekali chwili, w której granica znów stała się tylko kreską na mapie, prawie niezauważalną dla podróżnika.
W tym roku europejską stolicą fantastyki jest Cieszyn - miasto, które w latach 1918-1938 nasi przodkowie radośnie dzielili kolejnymi kreskami. Aż w końcu przyszli
Niemcy, a potem Rosjanie i narysowali te kreski za nas.
90 lat po prapradziadkach, którzy po raz pierwszy podzielili Cieszyn, my zaczynamy to miasto jednoczyć. Do niedawna robiliśmy to pod sztandarami miłośników ambitnego kina w ramach festiwalu Nowe Horyzonty, teraz robimy to pod sztandarami science fiction i fantasy.
Cieszyński Eurocon to znakomita kontynuacja tradycji wyznaczonej imprezą z roku 1972. Wtedy zjednoczona Europa wydawała się czymś mniej realnym od kolonii na Marsie. Stąd desperackie łapanie się lewą ręką za prawe ucho, jakim było szukanie jej w "wolnym mieście Triest".
Teraz bez trudu odnajdziemy ją w miastach leczących dawne blizny, jak Zgorzelec, Berlin, Sopron, Gubin - czy właśnie Cieszyn.