Europoseł PiS Marek Migalski, krytykując postępowanie Jarosława Kaczyńskiego, nie reprezentuje tylko siebie. Stoi za nim grupa partyjnych "liberałów" przerażonych kolejnym nagłym zwrotem prezesa partii.
Podstawą sporu nie jest jednak przyszłość PiS, ale wnioski z kampanii prezydenckiej. "Liberałowie" uważają, że uzyskali przyzwoity wynik - 8 mln głosów. Ale Kaczyński i jego zwolennicy są przekonani, że te wybory powinni byli wygrać.
Skoro - zdaniem Kaczyńskiego - Komorowski został wybrany przez nieporozumienie, to Kaczyński przez nieporozumienie przegrał. Kto jest temu winien? Zapewne to autorzy jego kampanii wyborczej.
Stąd odejście od gołębiej retoryki: uznanie śledztwa smoleńskiego za najważniejsze zadanie dla Polski, poparcie komisji Antoniego Macierewicza i powrót twardogłowych z PiS.
Prezes zmiennego oblicza Kolejnym pytaniem jest, co "liberałowie" mogą teraz zaoferować prezesowi PiS? Niewiele.
Szansa, że wynik wyborów prezydenckich przełoży się na poparcie partyjne to ułuda. W wyborach prezydenckich "liberałowie" byli potrzebni po to, by jak najszerzej zarzucić sieci na elektorat. W wyborach parlamentarnych trzeba zaostrzać konflikt i podkreślać sprzeczności.
Kaczyński traktował do tej pory ludzi instrumentalnie. Gdy trzeba dobierał sobie "liberalnych" polityków do PiS. Raz byli to Adam Bielan i Michał Kamiński,
Kazimierz Michał Ujazdowski i
Paweł Zalewski. Potem - Kazimierz Marcinkiewicz i
Zyta Gilowska. Kolejne rozdanie to: Grażyna Gęsicka. Ostatnio -
Joanna Kluzik-Rostkowska i Paweł Poncyljusz. Potem zawsze wracał do źródeł i "zakonu PC".
Krytyczne wystąpienia Migalskiego szef klubu PiS Mariusz Błaszczak kwituje prostym stwierdzeniem: Migalski nie jest członkiem PiS i nie rozumie strategii partii. To brzmi jak ojcowskie napomnienie: Panie Marku, pan nic nie rozumie, prezes już kilkakrotnie zmieniał oblicze. Po tym zawsze liberałowie lądowali na marginesie, a twardogłowi trwali, bo prezes raczej nie ceni intelektualnej błyskotliwości, ale lojalność.
Zakładając nawet, że strategia liberałów jest słuszna i PiS jako partia osiągnęłaby korzystny wynik wyborczy, to co dalej? Co "liberałowie" mogą zaproponować? Powtórkę koalicji PO-PiS? W 2011 roku?!
To prawda, PiS jako partia poniesie początkowo straty, odejdzie zdezorientowana część sympatyków. Po raz kolejny podważona zostanie wiarygodność Kaczyńskiego. Część publicystów skrytykuje irracjonalność działań lidera PiS. Jednak dzieje Polski Plus czy upokarzania Ludwika Dorna są memento dla rozłamowców.
Logika wydarzeń wskazuje, że po pewnym czasie publicyści, niczym rzeka po powodzi, wracają do dawnych koryt, a rozłamowcy przychodzą z powrotem z podkulonymi ogonami.
Kaczyński jako anty-Tusk? Jaka w takim razie może być strategia Kaczyńskiego? Tu można tylko zdać się na przypuszczenia. Jednak jeśli do tej pory Platforma najskuteczniej odgrywała rolę anty-PiS-u, to może teraz Kaczyński chce zostać anty-Tuskiem, a jego partia anty-Platformą?
Dzięki temu skoncentruje wokół siebie wszystkich niezadowolonych wobec obecnego rządu. W takim wypadku w wyborach nie będzie się liczyć wiarygodność i program, ale poziom niechęci do premiera Tuska. Ważne będzie kto najbardziej dowali PO.
W takiej anty-Platformie będą mogli się zjednoczyć i obrońcy krzyża, i zwolennicy teorii spiskowych, i pokrzywdzeni przez kryzys, i zwolennicy utrzymania przywilejów, które rząd będzie musiał uszczuplić.
To prawda, takie postawienie sprawy jest dewastujące dla polskiego systemu politycznego. Rządzący tracą merytorycznego krytyka swoich poczynań, a tego rodzaju opozycja służy poprawie sprawowania władzy. Kaczyński jednak wie, że choćby urządził tysiąc konferencji prasowych, możliwości jego partii są mizerne.
Niedawno reprezentantka "merytorycznej części" PiS, wiceprezes partii Beata Szydło, krytykując proponowaną podwyżkę podatku VAT i oszczędności, twierdziła, że zamiast tego powinno się wprowadzić budżet zadaniowy, który PiS wprowadzał w 2005 r. Jak na ekonomiczny "mózg" partii to niewiele. Bardziej skuteczni w krytyce własnego rządu wydają się sami politycy Platformy i koalicjant
PSL.
Dlatego lepiej walczyć z PO krzyżem, trumną Lecha Kaczyńskiego. Łatwiej oskarżać rządzących o "zapateryzm", brak patriotyzmu i apostazję narodową.
Kaczyński zmianą strategii po raz kolejny postanowił zaryzykować. Zagrać ostro i o maksymalną pulę. W tym szaleństwie jest metoda. Jeśli w wyborach 2011 r. znów przegra, to przegra - we własnym mniemaniu - w dobrym stylu. I po raz pierwszy od dłuższego czasu nie będzie niczego udawać, będzie po prostu sobą.