Było późne niedzielne popołudnie, gdy na ulice chilijskich miast wypadło tysiące rozentuzjazmowanych osób, kierowcy samochodów zaczęli wybijać radosne rytmy klaksonami, a księża polecili bić w kościelne dzwony.
Nieznajomi padali sobie w ramiona, niektórzy tańczyli, wspinali się na pomniki, wielu ze wzruszenia płakało. Atmosfera jak po jakimś znaczącym zwycięstwie chilijskich piłkarzy.
Kilka chwil wcześniej wszystkie telewizje i
stacje radiowe przerwały program, by podać informację, na którą mało kto już chyba liczył - żyją górnicy uwięzieni 5 sierpnia w zawalonej kopalni miedzi i złota!
Wiadomość była tym bardziej zaskakująca, że już od kilku dni eksperci przygotowywali chilijską opinię publiczną na najgorsze, tłumacząc, że szanse na przeżycie kilkunastu dni 700 metrów pod ziemią są bliskie zera. Tym bardziej że w znajdującej się 800 km na północ od Santiago kopalni San José zawaleniu uległ m.in. szyb wentylacyjny.
- Tragiczne wypadki w kopalniach się niestety zdarzają. Zrobiliśmy wszystko, co w naszej mocy, by górników odnaleźć, ale niestety metody te zawiodły - tłumaczył w ubiegłym tygodniu chilijski minister górnictwa Laurence Golborne.
Mimo coraz większego pesymizmu specjalistów ekipy ratownicze, którym nieustannie kibicowały mieszkające w namiotach na terenie kopalni rodziny zasypanych, nigdy nie przestały wiercić w ziemi. Poszukiwanie zasypanych sprowadzało się bowiem do wykonywania wielusetmetrowych odwiertów sondażowych w nadziei, że któryś trafi na istniejącą gdzieś 700 metrów poniżej komorę.
Istniejące mapy kopalni okazały się niedokładne. Wiele odwiertów nie trafiło w żadne wyrobiska, inne trafiły w puste galerie. Po jednej z wielu nieudanych prób nawiązania kontaktu z zasypanymi minister Golborne zupełnie się rozkleił i podczas spotkania z rodzinami zaczął sam płakać.
- Akurat pan musi być twardy i nie przestawać dawać nam nadziei - strofowali go bliscy górników. Epizod ten jednak, paradoksalnie, bardzo zbliżył do siebie obie strony: górniczą rodzinę i przedstawicieli władz.
Zawiedzionych nadziei było podczas tych poszukiwań tak wiele, że ratownicy od minionego piątku w tajemnicy utrzymywali informację, że mikrofon wpuszczony do nowego odwiertu rejestruje jakieś dźwięki.
- To było takie rytmiczne uderzanie, ale do końca nie byliśmy pewni. Postanowiliśmy po prostu wiercić dalej - tłumaczył później operator maszyny perforującej Eduardo Guerra. Ich wątpliwości rozwiane zostały dopiero w niedzielę - głowica dotarła do znajdującej się na głębokości 668 metrów pustej przestrzeni. Chodnik, komora?
Ratownicy wyciągnęli wiertło i wpuścili w odwiert sondę optyczną. Nie musieli jednak na nią czekać, by mieć pewność, że właśnie odnaleźli górników - wycofywana z głębin głowica była czerwona. Ktoś ją tam, we wnętrzu ziemi, pomalował farbą.
Co więcej, na samym jej końcu, był przyczepiony zawinięty w plastik kawałek papieru. A na nim wykaligrafowane czerwonymi literami jedno krótkie zdanie: "Jest nas 33 i mamy się dobrze".
Ratownicy zaczęli płakać ze wzruszenia. Niektórzy padli na kolana i zaczęli się modlić. Ktoś zaintonował podchwycony po chwili przez wszystkich chilijski hymn.
Obecny na miejscu minister górnictwa zadzwonił do prezydenta
Chile Sebastiana Pinery. Ten postanowił natychmiast wyruszyć na miejsce, by osobiście przekazać rodzinom radosną informację. One jednak nieoficjalnie dowiedziały się o wydarzeniu przed jego przybyciem. Mimo to, gdy Pinera już w kopalni oficjalnie potwierdził radosną wiadomość, kilka osób zemdlało z emocji.
Nawiązanie kontaktu z górnikami nie oznacza jednak końca ich podziemnej epopei. Wręcz przeciwnie - akcja ewakuacyjna dopiero ma się zacząć i zdaniem ekspertów potrwa co najmniej trzy miesiące. A niektórzy straszą nawet, że trwać może aż dziesięć miesięcy.
Wywiercony otwór ma prawie 700 metrów długości i średnicę kilkunastu centymetrów. To wystarczy, by przekazać górnikom lekarstwa, jedzenie, środki higieniczne i by zainstalować system komunikacji, ale nic więcej. Ratownicy w najbliższych dniach będą wiercić kolejne otwory i później je poszerzać.
W porozumieniu z psychologami ratownicy postanowili w najbliższych dniach spuścić tymi miniszybami na dół trochę górniczych narzędzi, by pozostający pod ziemią górnicy nie czekali bezczynnie, lecz też uczestniczyli w pracach zmierzających do ich uwolnienia. Na szczęście górnicy są świadomi tego, co ich czeka. W kolejnych listach wydobytych spod ziemi to oni uspokajają swe rodziny i zapewniają, że są psychicznie gotowi na to, że miną miesiące, zanim uda im się wrócić na powierzchnię.