Odwieczna wojna napoleonki z kremówką
23.08.2010
, aktualizacja: 23.08.2010 08:14
U schyłku lat 70. minionego wieku Andrzej Mleczko narysował jeden ze swych evergreenów: w Warszawie do tramwaju wchodzi człowiek w krakowskiej sukmanie. Z tłumu padają pełne pogardy komentarze: - Centuś! Widzisz, synku, u nich na napoleonkę mówi się kremówka! W końcu dziwny pasażer wygłasza formułkę: - Proszę bilety do kontroli
Pomimo 45 lat PRL-owskiego glajchszaltowania w duchu "jedności moralno-politycznej narodu", pomimo wszechobecności mediów narzucających współczesny zunifikowany język, pomimo (nad)gorliwości nauczycieli polonistów przymuszających kolejne pokolenia do jednego wzorca języka narodowego - regionalizmy w polskiej mowie mają się dobrze. Wystarczy krótka podróż ze Śląska do Małopolski, stamtąd na Mazowsze, do Wielkopolski czy na Podlasie - a nietrudno stwierdzić, że jedno i to samo słowo znaczyć może za miedzą coś zupełnie odmiennego. I na odwrót: do oznaczania tego samego pojęcia stosuje się wiele różnych słów. Nie znając tej tajemnej mapy językowej Polski, można niechcący kogoś obrazić, choć chciało się sprawić mu przyjemność, można w sklepie kupić nie ten produkt, po który się przyszło, a w karczmie zjeść zupełnie coś innego, niż nam się zdawało przy zamówieniu.
Są to pozostałości po czasach zaborów, jest wiele wpływów z języków ościennych, jednak nie jest to regułą. W Wielkopolsce np. obok oczywistych germanizmów funkcjonuje dużo czechizmów (bohemizmów), na Górnym Śląsku spotykamy sporo słów francuskich. Wiele regionalnych pojęć wynika z odmiennej obyczajowości, a choćby i warunków geograficznych. I co najważniejsze: nie są to zwroty i słowa gwarowe, najczęściej stosuje się je w poczuciu mówienia poprawną polszczyzną.
W sklepie
Najwięcej regionalnych różnic językowych widać w produktach spożywczych, a zwłaszcza w kulinariach. W odwiecznej wojnie pomiędzy warszawską napoleonką i krakowską <i>kremówką</i> szala zwycięstwa przechyliła się niedawno na krakowską stronę, odkąd w 1999 roku Jan Paweł II opowiedział się po stronie kremówki. Ale życie bywa bardziej skomplikowane. We Wrocławiu od dawna sprzedaje się i <i>napoleonki</i>, i <i>kremówki</i> jako różne produkty - te pierwsze z kremem śmietanowym, te drugie z waniliowo-budyniowym.
W Warszawie kupujemy drożdżówkę, która na ścianie wschodniej jest po prostu słodką bułką, na Górnym Śląsku kołoczkiem (lub kołaczykiem). Sporo możemy namieszać wokół kaszanki, która na Śląsku jest regionalną specjalnością, czyli krupniokiem, a w Kieleckiem to po prostu kiszka, z którą też trzeba uważać, bo na Śląsku tak nazywa się kwaśne mleko. Nie mniej problemów będzie z kaszą (w zachodniej Polsce to krupy), zwłaszcza tą gryczaną, która na wschodzie nosi nazwę tatarczanej, a na Śląsku pogańskiej. Polskę dzieli się na strefę warszawskiej kaszki manny i krakowskiego grysiku.
Nikt nie rozstrzygnie, jak ostatecznie nazywać długą bułkę pszenną, oficjalnie w PRL-u ochrzczoną jako <i>bułka paryska</i>. Na Kujawach jest to <i>kawior</i>, na Śląsku <i>baton</i>, w Małopolsce <i>francuz</i>. Chleb można krajać na wielkopolskie <i>skibki</i>, śląskie <i>sznitki</i> i małopolsko-mazowieckie <i>kromki</i> lub lwowskie <i>przylipki</i>. Ale uwaga - w Poznaniu <i>kromka</i> też występuje, ale oznacza piętkę. Uważać trzeba w poznańskich sklepach na przymiotnik <i>czerstwy</i>- w Warszawie to pieczywo z lekka przywiędłe, zaś w Wielkopolsce wprost przeciwnie: świeże i chrupiące.
Jadłospis
Jeszcze więcej zamieszania jest w potrawach i daniach. W Małopolsce makaron jest powszechnie nazywany kluskami, więc zamawiając tam rosół z kluskami, dostaniemy rosół z makaronem. Za miedzą na Śląsku jako rosół z kluskami rozumie się coś zbliżonego do bulionu z litewskimi kałdunami. Bo kluski to w tym regionie po prostu kluski, czyli ulubione danie obiadowe podawane zamiast kartofli. Nie należy jednak ulegać złudzeniom, bo to, co w Warszawie nazywa się kluskami śląskimi, na Śląsku jest kluskami polskimi. Osławione śląskie rolady nie są niczym oryginalnym, w centralnej Polsce to samo danie nazywa się zrazem. Rozprawy naukowe można pisać o polskiej zupie gotowanej na kiszonej mące. Czy jest to żurek, jak chcą mieszkańcy Małopolski, czy żur, jak wolą Ślązacy (i nie cierpią, jak ktoś mówi żurek śląski), czy może biały barszcz rodem z Mazowsza. A z samym barszczem jest jeszcze większy galimatias, bo roszczą sobie do niego prawa mieszkańcy ściany wschodniej, którzy protestują, gdy inni nazywają tak wywar z czerwonych buraków. Mało kto zauważa, że warszawsko-małopolskie pierogi leniwe to w istocie to samo, co kluski serowe z Wielkopolski i Górnego Śląska. Podobnie jest z pampuchami, buchtami i pyzami - czyli drożdżowymi kluskami gotowanymi na parze. Przy czym pampuchy to dla lwowiaka pączki.
Granice, które dzielą Polskę na konsumentów <i>ziemniaków</i>, <i>kartofli</i>, <i>bulw</i> i <i>pyr</i>, są powszechnie znane. To dzięki temu <i>pyra</i> znaczy w innych regionach po prostu Poznaniak. Nikt nie jest w stanie się połapać w sprawie geografii czarnych jagód, które w Małopolsce nazywają się <i>borówkami</i>, a owoce gdzie indziej określane borówkami tam znane są jako <i>brusznice</i>, a tymczasem gdzieniegdzie na wschodzie <i>borówkami</i> nazywane są też poziomki.
Ostrożnie, słowa niebezpieczne
Wydawałoby się, że każdy z nas intuicyjnie odróżnia słowa „powszechnie uznawane za wulgarne”. A jednak polska mapa językowa i w tej dziedzinie mnoży ryzyka niezrozumienia lub mimowolnej obrazy. W całej Galicji <i>buc</i> to brzydkie określenie męskiego organu płciowego. A na Śląsku to samo słowo określa po prostu mruka, człowieka niesympatycznego, z którym trudno się dogadać, zaś w Białymstoku to tylko głupek. Nazwanie kogoś <i>bucem</i> ma więc tu i tam zupełnie inną wagę i znaczenie. I na odwrót. W Poznaniu, Krakowie, a także pośród rdzennych lwowiaków, wreszcie na wschodnim Górnym Śląsku (tzw. austriackim) <i>ciul</i> to wyłącznie oferma, nieudacznik, bez żadnych genitalnych skojarzeń. A już kilkadziesiąt kilometrów dalej - od Katowic na zachód - jest to ten sam męski organ płciowy używany także w pieszczotliwym zdrobnieniu <i>ciulik</i> (albo <i>puloczek</i>), na tej samej zasadzie jak w Warszawie <i>siusiak</i>.
Bardzo warszawska kurwa (przypadkowo przejęta z niemieckiego w opacznym znaczeniu) to na Podlasiu bladź, a na Górnym Śląsku motyka (to, co w innych regionach znane jest jako motyka, tam nazywa się kopaczką). Na słowo kutas warszawiak skrzywi się z niesmakiem, podobnie jak krakusy i Kresowianie, ale w Wielkopolsce i na Kujawach to tylko niewinny pompon przy zimowej czapce. Powszechnie znana dupa na Podhalu i Górnym Śląsku nosi staropolską nazwę rzyć, skąd - jak wywiódł prof. Jan Miodek - wzięło się słowo pasożyt (pierwotnie pasirzyć), jako stworzenie, które pasie się w rzyci. Na Kujawach i w Wielkopolsce zostały z tego półrzytki, co przyjezdnym antysemicko kojarzy się z pół-Żydkiem - a przecież to tylko pośladki, czyli półdupki.
Uważać trzeba z pogardliwymi określeniami wobec obcych. Wielkopolski bamber oznacza tam zamożnego rolnika, za to na Śląsku to już pogardliwa nazwa nieokrzesanego wieśniaka, którego dziś w mediach nazywa się burakiem. Chaziaj na wschodzie to tylko gospodarz, za to w Opolskiem tak nazywają osadników ze Wschodu, i to z bardzo negatywnym wydźwiękiem. Na Podhalu świat dzieli się na goroli i ceprów, za to na przemysłowym Śląsku gorol to to samo co dla górali ceper, a goj dla Żyda.
W domu i przy domu
Krakowiacy są dumni z tego, że świat poza domem, to <i>pole</i>, w przeciwieństwie do regionów, gdzie poza domem jest <i>dwór</i>. Dla rasowego krakusa wyznaniem wiary jest sentencja: <i>My mieszkamy we dworach i wychodzimy na pole, wy mieszkacie na polu i wychodzicie na dwór</i>. W domu nie wiadomo, czy <i>sień</i> to to samo co <i>przedpokój</i> (w Małopolsce), czy raczej <i>klatka schodowa</i> (na Śląsku), czy może jednak <i>weranda</i> (na Podlasiu). Czy dobrze znany strych to <i>lamus</i> (Warszawa), a może <i>góra</i> (Wielkopolska, Kujawy, Śląsk)? Co począć z piwnicą, która u rasowych Poznaniaków jest po prostu <i>sklepem</i>, bowiem to, co inni sklepem nazywają, jest tam <i>składem</i>.
Po domu snujemy się w podomce, jak chcą krakusy, albo w szlafroku, który na Mazowszu, Śląsku i Kujawach znaczy tyle co krakowska podomka, a w Krakowie to już frotowy płaszcz kąpielowy. Wciąż trudno ustalić, gdzie przebiegają granice stosowania papuci (czeskie paputy), pantofli (francuskie pantoufle lub włoskie pantofola) i laczków (niemieckie Latschen), czy po prostu kapci. W każdym razie w Małopolsce pantofle to tyle co kapcie, na Mazowszu pantofle to eleganckie półbuty.
Z gwary więziennej do języka Polski centralnej i wschodniej przesączyło się słowo kibel w znaczeniu ubikacja, przy czym na Śląsku i w Wielkopolsce kibel to po prostu wiadro i nic więcej. Wychodząc z domu na ulicę, przechodzimy przez górnośląską furtkę albo przez wielkopolską uliczkę. Wychodząc furt na Śląsku tak jakbyśmy wybywali hen, daleko, za to na Kujawach, Mazowszu, Małopolsce i pośród Kresowiaków owo furt to tyle co nadal, ciągle. W Białymstoku zaś furt jest synonimem słów ponownie, jeszcze raz.
Wyszliśmy na ulicę i co widzimy? Czy ulicą jedzie autobus (na zachód od Wisły) czy autokar (na wschód). Albo może pekaes (a nawet pekałes), jak mieszkańcy Kieleckiego nazywają każdy autobus, nie tylko firmy PKS. Kielczanie mają także swoje autonomiczne pojęcie samochodu osobowego, który tam zwie się taksówką, zaś to, co mieszkańcy innych miast zwą taksówką, to u nich taryfa, co zresztą zaszczepiło się i w Warszawie.
Życie rodzinne
Św. Mikołaj - który współcześnie utracił walory starego biskupa i przybrał postać amerykańskiego krasnala - znosi prezenty 6 grudnia i przy okazji Bożego Narodzenia. Tymczasem w Poznańskiem prezenty dostaje się od Gwiazdora, a na Górnym Śląsku od Dzieciątka. Ślązacy konsekwentnie spożywają wigilijną wieczerzę, za afront uznając słowo kolacja. Na choince albo goiku wiszą bombki (Mazowsze), bańki (Małopolska), kugle (Śląsk) lub dętki (Podlasie).
Rodzina przy świątecznym stole na zachód od linii Wisły jest skromna, składa się wyłącznie z ojca, matki, dzieci, dziadka, babki, wnuków, wujka, ciotki, kuzyna i kuzynki. Im dalej na wschód od Wisły, tym bardziej katalog stopni pokrewieństwa rozbudowuje się do bizantyjskich rozmiarów. Przybywa stryj i stryjenka, wuj i wujenka, cioteczny brat i cioteczna siostra, stryjeczny brat i stryjeczna siostra, cioteczna babka i cioteczny dziadek, stryjeczna babka i stryjeczny dziadek, zaś kuzyn i kuzynka stają się pojęciami międzypokoleniowymi. Precyzyjne odróżnianie rodzajów pokrewieństwa i powinowactwa obowiązujących dawniej na wschodnich Kresach wymaga wyższego wtajemniczenia.
A jak z wyposażeniem domu? Już tylko Poznaniacy konsekwentnie używają słów <i>junkers</i> i <i>elektroluks</i>, które gdzie indziej są tylko marką producenta, tam jednak oznaczają ogrzewacz wody i odkurzacz. Za to we wszystkich polskich regionach - w Gdańsku, Białymstoku, Poznaniu, Katowicach, Warszawie, Lublinie czy Krakowie (Kresowian nie wyłączając), wciąż w użyciu są niemieckie nazwy podstawowych narzędzi, np. <i>laubzega</i>, <i>wajcha</i>, <i>brecha</i>, <i>majzel</i>, <i>wasserwaga</i> czy też <i>raszpla</i>, ta ostatnia również definiuje kochankę pana domu, czyli <i>zdzirę</i>. I aby było ciekawiej, we wszystkich tych zakątkach Polski mieszkańcy są przekonani, że to ich oryginalne lokalne słownictwo.
I wszędzie tam został po Niemcach ten sam niezawodny wihajster (niem.: Wie heißt er ? - Jak on się nazywa ? ) - językowy wytrych, którym można zastąpić każde brakujące słowo.
Są to pozostałości po czasach zaborów, jest wiele wpływów z języków ościennych, jednak nie jest to regułą. W Wielkopolsce np. obok oczywistych germanizmów funkcjonuje dużo czechizmów (bohemizmów), na Górnym Śląsku spotykamy sporo słów francuskich. Wiele regionalnych pojęć wynika z odmiennej obyczajowości, a choćby i warunków geograficznych. I co najważniejsze: nie są to zwroty i słowa gwarowe, najczęściej stosuje się je w poczuciu mówienia poprawną polszczyzną.
W sklepie
Najwięcej regionalnych różnic językowych widać w produktach spożywczych, a zwłaszcza w kulinariach. W odwiecznej wojnie pomiędzy warszawską napoleonką i krakowską <i>kremówką</i> szala zwycięstwa przechyliła się niedawno na krakowską stronę, odkąd w 1999 roku Jan Paweł II opowiedział się po stronie kremówki. Ale życie bywa bardziej skomplikowane. We Wrocławiu od dawna sprzedaje się i <i>napoleonki</i>, i <i>kremówki</i> jako różne produkty - te pierwsze z kremem śmietanowym, te drugie z waniliowo-budyniowym.
W Warszawie kupujemy drożdżówkę, która na ścianie wschodniej jest po prostu słodką bułką, na Górnym Śląsku kołoczkiem (lub kołaczykiem). Sporo możemy namieszać wokół kaszanki, która na Śląsku jest regionalną specjalnością, czyli krupniokiem, a w Kieleckiem to po prostu kiszka, z którą też trzeba uważać, bo na Śląsku tak nazywa się kwaśne mleko. Nie mniej problemów będzie z kaszą (w zachodniej Polsce to krupy), zwłaszcza tą gryczaną, która na wschodzie nosi nazwę tatarczanej, a na Śląsku pogańskiej. Polskę dzieli się na strefę warszawskiej kaszki manny i krakowskiego grysiku.
Nikt nie rozstrzygnie, jak ostatecznie nazywać długą bułkę pszenną, oficjalnie w PRL-u ochrzczoną jako <i>bułka paryska</i>. Na Kujawach jest to <i>kawior</i>, na Śląsku <i>baton</i>, w Małopolsce <i>francuz</i>. Chleb można krajać na wielkopolskie <i>skibki</i>, śląskie <i>sznitki</i> i małopolsko-mazowieckie <i>kromki</i> lub lwowskie <i>przylipki</i>. Ale uwaga - w Poznaniu <i>kromka</i> też występuje, ale oznacza piętkę. Uważać trzeba w poznańskich sklepach na przymiotnik <i>czerstwy</i>- w Warszawie to pieczywo z lekka przywiędłe, zaś w Wielkopolsce wprost przeciwnie: świeże i chrupiące.
Jadłospis
Jeszcze więcej zamieszania jest w potrawach i daniach. W Małopolsce makaron jest powszechnie nazywany kluskami, więc zamawiając tam rosół z kluskami, dostaniemy rosół z makaronem. Za miedzą na Śląsku jako rosół z kluskami rozumie się coś zbliżonego do bulionu z litewskimi kałdunami. Bo kluski to w tym regionie po prostu kluski, czyli ulubione danie obiadowe podawane zamiast kartofli. Nie należy jednak ulegać złudzeniom, bo to, co w Warszawie nazywa się kluskami śląskimi, na Śląsku jest kluskami polskimi. Osławione śląskie rolady nie są niczym oryginalnym, w centralnej Polsce to samo danie nazywa się zrazem. Rozprawy naukowe można pisać o polskiej zupie gotowanej na kiszonej mące. Czy jest to żurek, jak chcą mieszkańcy Małopolski, czy żur, jak wolą Ślązacy (i nie cierpią, jak ktoś mówi żurek śląski), czy może biały barszcz rodem z Mazowsza. A z samym barszczem jest jeszcze większy galimatias, bo roszczą sobie do niego prawa mieszkańcy ściany wschodniej, którzy protestują, gdy inni nazywają tak wywar z czerwonych buraków. Mało kto zauważa, że warszawsko-małopolskie pierogi leniwe to w istocie to samo, co kluski serowe z Wielkopolski i Górnego Śląska. Podobnie jest z pampuchami, buchtami i pyzami - czyli drożdżowymi kluskami gotowanymi na parze. Przy czym pampuchy to dla lwowiaka pączki.
Granice, które dzielą Polskę na konsumentów <i>ziemniaków</i>, <i>kartofli</i>, <i>bulw</i> i <i>pyr</i>, są powszechnie znane. To dzięki temu <i>pyra</i> znaczy w innych regionach po prostu Poznaniak. Nikt nie jest w stanie się połapać w sprawie geografii czarnych jagód, które w Małopolsce nazywają się <i>borówkami</i>, a owoce gdzie indziej określane borówkami tam znane są jako <i>brusznice</i>, a tymczasem gdzieniegdzie na wschodzie <i>borówkami</i> nazywane są też poziomki.
Ostrożnie, słowa niebezpieczne
Wydawałoby się, że każdy z nas intuicyjnie odróżnia słowa „powszechnie uznawane za wulgarne”. A jednak polska mapa językowa i w tej dziedzinie mnoży ryzyka niezrozumienia lub mimowolnej obrazy. W całej Galicji <i>buc</i> to brzydkie określenie męskiego organu płciowego. A na Śląsku to samo słowo określa po prostu mruka, człowieka niesympatycznego, z którym trudno się dogadać, zaś w Białymstoku to tylko głupek. Nazwanie kogoś <i>bucem</i> ma więc tu i tam zupełnie inną wagę i znaczenie. I na odwrót. W Poznaniu, Krakowie, a także pośród rdzennych lwowiaków, wreszcie na wschodnim Górnym Śląsku (tzw. austriackim) <i>ciul</i> to wyłącznie oferma, nieudacznik, bez żadnych genitalnych skojarzeń. A już kilkadziesiąt kilometrów dalej - od Katowic na zachód - jest to ten sam męski organ płciowy używany także w pieszczotliwym zdrobnieniu <i>ciulik</i> (albo <i>puloczek</i>), na tej samej zasadzie jak w Warszawie <i>siusiak</i>.
Bardzo warszawska kurwa (przypadkowo przejęta z niemieckiego w opacznym znaczeniu) to na Podlasiu bladź, a na Górnym Śląsku motyka (to, co w innych regionach znane jest jako motyka, tam nazywa się kopaczką). Na słowo kutas warszawiak skrzywi się z niesmakiem, podobnie jak krakusy i Kresowianie, ale w Wielkopolsce i na Kujawach to tylko niewinny pompon przy zimowej czapce. Powszechnie znana dupa na Podhalu i Górnym Śląsku nosi staropolską nazwę rzyć, skąd - jak wywiódł prof. Jan Miodek - wzięło się słowo pasożyt (pierwotnie pasirzyć), jako stworzenie, które pasie się w rzyci. Na Kujawach i w Wielkopolsce zostały z tego półrzytki, co przyjezdnym antysemicko kojarzy się z pół-Żydkiem - a przecież to tylko pośladki, czyli półdupki.
Uważać trzeba z pogardliwymi określeniami wobec obcych. Wielkopolski bamber oznacza tam zamożnego rolnika, za to na Śląsku to już pogardliwa nazwa nieokrzesanego wieśniaka, którego dziś w mediach nazywa się burakiem. Chaziaj na wschodzie to tylko gospodarz, za to w Opolskiem tak nazywają osadników ze Wschodu, i to z bardzo negatywnym wydźwiękiem. Na Podhalu świat dzieli się na goroli i ceprów, za to na przemysłowym Śląsku gorol to to samo co dla górali ceper, a goj dla Żyda.
W domu i przy domu
Krakowiacy są dumni z tego, że świat poza domem, to <i>pole</i>, w przeciwieństwie do regionów, gdzie poza domem jest <i>dwór</i>. Dla rasowego krakusa wyznaniem wiary jest sentencja: <i>My mieszkamy we dworach i wychodzimy na pole, wy mieszkacie na polu i wychodzicie na dwór</i>. W domu nie wiadomo, czy <i>sień</i> to to samo co <i>przedpokój</i> (w Małopolsce), czy raczej <i>klatka schodowa</i> (na Śląsku), czy może jednak <i>weranda</i> (na Podlasiu). Czy dobrze znany strych to <i>lamus</i> (Warszawa), a może <i>góra</i> (Wielkopolska, Kujawy, Śląsk)? Co począć z piwnicą, która u rasowych Poznaniaków jest po prostu <i>sklepem</i>, bowiem to, co inni sklepem nazywają, jest tam <i>składem</i>.
Po domu snujemy się w podomce, jak chcą krakusy, albo w szlafroku, który na Mazowszu, Śląsku i Kujawach znaczy tyle co krakowska podomka, a w Krakowie to już frotowy płaszcz kąpielowy. Wciąż trudno ustalić, gdzie przebiegają granice stosowania papuci (czeskie paputy), pantofli (francuskie pantoufle lub włoskie pantofola) i laczków (niemieckie Latschen), czy po prostu kapci. W każdym razie w Małopolsce pantofle to tyle co kapcie, na Mazowszu pantofle to eleganckie półbuty.
Z gwary więziennej do języka Polski centralnej i wschodniej przesączyło się słowo kibel w znaczeniu ubikacja, przy czym na Śląsku i w Wielkopolsce kibel to po prostu wiadro i nic więcej. Wychodząc z domu na ulicę, przechodzimy przez górnośląską furtkę albo przez wielkopolską uliczkę. Wychodząc furt na Śląsku tak jakbyśmy wybywali hen, daleko, za to na Kujawach, Mazowszu, Małopolsce i pośród Kresowiaków owo furt to tyle co nadal, ciągle. W Białymstoku zaś furt jest synonimem słów ponownie, jeszcze raz.
Wyszliśmy na ulicę i co widzimy? Czy ulicą jedzie autobus (na zachód od Wisły) czy autokar (na wschód). Albo może pekaes (a nawet pekałes), jak mieszkańcy Kieleckiego nazywają każdy autobus, nie tylko firmy PKS. Kielczanie mają także swoje autonomiczne pojęcie samochodu osobowego, który tam zwie się taksówką, zaś to, co mieszkańcy innych miast zwą taksówką, to u nich taryfa, co zresztą zaszczepiło się i w Warszawie.
Życie rodzinne
Św. Mikołaj - który współcześnie utracił walory starego biskupa i przybrał postać amerykańskiego krasnala - znosi prezenty 6 grudnia i przy okazji Bożego Narodzenia. Tymczasem w Poznańskiem prezenty dostaje się od Gwiazdora, a na Górnym Śląsku od Dzieciątka. Ślązacy konsekwentnie spożywają wigilijną wieczerzę, za afront uznając słowo kolacja. Na choince albo goiku wiszą bombki (Mazowsze), bańki (Małopolska), kugle (Śląsk) lub dętki (Podlasie).
Rodzina przy świątecznym stole na zachód od linii Wisły jest skromna, składa się wyłącznie z ojca, matki, dzieci, dziadka, babki, wnuków, wujka, ciotki, kuzyna i kuzynki. Im dalej na wschód od Wisły, tym bardziej katalog stopni pokrewieństwa rozbudowuje się do bizantyjskich rozmiarów. Przybywa stryj i stryjenka, wuj i wujenka, cioteczny brat i cioteczna siostra, stryjeczny brat i stryjeczna siostra, cioteczna babka i cioteczny dziadek, stryjeczna babka i stryjeczny dziadek, zaś kuzyn i kuzynka stają się pojęciami międzypokoleniowymi. Precyzyjne odróżnianie rodzajów pokrewieństwa i powinowactwa obowiązujących dawniej na wschodnich Kresach wymaga wyższego wtajemniczenia.
A jak z wyposażeniem domu? Już tylko Poznaniacy konsekwentnie używają słów <i>junkers</i> i <i>elektroluks</i>, które gdzie indziej są tylko marką producenta, tam jednak oznaczają ogrzewacz wody i odkurzacz. Za to we wszystkich polskich regionach - w Gdańsku, Białymstoku, Poznaniu, Katowicach, Warszawie, Lublinie czy Krakowie (Kresowian nie wyłączając), wciąż w użyciu są niemieckie nazwy podstawowych narzędzi, np. <i>laubzega</i>, <i>wajcha</i>, <i>brecha</i>, <i>majzel</i>, <i>wasserwaga</i> czy też <i>raszpla</i>, ta ostatnia również definiuje kochankę pana domu, czyli <i>zdzirę</i>. I aby było ciekawiej, we wszystkich tych zakątkach Polski mieszkańcy są przekonani, że to ich oryginalne lokalne słownictwo.
I wszędzie tam został po Niemcach ten sam niezawodny wihajster (niem.: Wie heißt er ? - Jak on się nazywa ? ) - językowy wytrych, którym można zastąpić każde brakujące słowo.
Skomentuj:
Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX










