http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Ludzie ze stoczni

Aleksandra Kozłowska
2010-08-23, ostatnia aktualizacja 2010-08-23 14:21

Stanisław Kamiński, nurek klasyczny
Stanisław Kamiński, nurek klasyczny
Fot. Michał Szlaga

Andrzej Stanulewicz - monter kadłubowy: - Jak zaczynałem pracować w 1967 stoczniowiec był jak górnik: ważna praca, dobrze płatna. Rano do roboty chciało się wstawać, nawet na urlopie człowiek myślał o tym, żeby już wrócić. A dziś? Po takiej solidarności w narodzie, jaka była w '80 roku, nic nie zostało

Łukasz Wyczyński, do niedawna malarz-piaskarz w stoczni. Obecnie pracuje w Norwegii
Fot. Michał Szlaga
Łukasz Wyczyński, do niedawna malarz-piaskarz w stoczni. Obecnie pracuje w...
Andrzej Stanulewicz, monter kadłubowy
Fot. Michał Szlaga
Andrzej Stanulewicz, monter kadłubowy
ZOBACZ TAKŻE

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl



XIX-wieczny budynek dyrekcji gdańskiej stoczni tuż obok historycznej Sali BHP. Tu, na parterze, swoją pracownię ma Michał Szlaga. Od dziesięciu lat portretuje stoczniowców i zakład, który czasy świetności dawno ma już za sobą. Na ścianie pracowni zdjęcie Anny Walentynowicz stojącej samotnie w jednej z opuszczonych stoczniowych hal, gdzie pracowała jako suwnicowa (Szlaga dostał za tę fotografię wyróżnienie w Grand Press Photo). Obok portret młodego, przystojnego robotnika.

- To malarz-piaskarz Łukasz Wyczyński. Gdy robiłem to zdjęcie, pracował w stoczni od niedawna, widać to po tym, jaki jest czysty - tłumaczy Szlaga. - Bo po latach piaskarzom robi się wokół oczu jakby makijaż. Pył, który wżarł się w skórę, tworzy kreski na powiekach. Ten chłopak był wyjątkowy - zadbany, z domytymi - a to naprawdę niełatwe w tej pracy - rękami i paznokciami. Ale ma młodą żonę, to dużo wyjaśnia.

Szlaga poznał Łukasza, gdy sam na krótko zatrudnił się jako piaskarz. - To był tylko epizod, niedługo wytrzymałem. To chyba najcięższy stoczniowy zawód. Jak masz do oczyszczenia z rdzy nieduży element, to bierzesz papier ścierny. Jak musisz wyczyścić statek, posługujesz się wężem i piaskiem, który pod ogromnym ciśnieniem uderza w stal. Niezależnie od tego, jak się będziesz izolować, i tak cały jesteś w pyle. Po latach pylica właściwie gwarantowana.

- Domycie się to nie problem - ocenia sam Łukasz, który po dziewięciu latach rzucił stocznię i dziś pracuje w Norwegii przy budowie rurociągu. - Najgorsza była obawa, że wybuchną opary farby. Wyobraź sobie zbiornik, no, taki balastowy o powierzchni 1000 m kw,. i masz do niego tylko dwa nieduże włazy - do jednego rękaw pompuje powietrze, opary niby wydmuchuje, ale sporo ich jednak zostaje. Dlatego maluje się po południu albo w nocy, kiedy spawacze nie pracują, żeby ognia nie było. Ale strach zawsze był. A najgorzej, jak malowałem taki mały, niski zbiornik, gdzie na leżąco trzeba pracować, jak w jakiejś trumience. Harówka ciężka, a max 20 zł za godzinę. Dlatego wybrałem Norwegię. Robota lżejsza, przyjemniejsza. W przeliczeniu 65 zł za godzinę, a do tego firma opłaca mi mieszkanie w kontenerze (obok jest sauna, basen i rowery), wyżywienie i loty do Polski. Tak to można pracować.

Wygrać w totka i rzucić stocznię

- Skąd u ciebie takie parcie na stocznię? - pytam Michała. - Jakieś rodzinne tradycje?

- Żadnych - odpowiada Michał. - Wychowałem się w Kartuzach. Ale dla każdego chyba chłopaka to, co się wiąże ze statkami, portem, jest ciekawe.

Dostał się na fotografię w gdańskiej ASP. - Poprosiłem w szkole o dokument potwierdzający, że jestem studentem i że chcę wejść tam ze względów naukowych. Bez tego wejście byłoby prawie niemożliwe - wspomina. Na początku fotografował żurawie, doki, hale. Gdy trochę się pokręcił, pogadał z ludźmi, oswoił ich ze swoją obecnością - zaczął robić zdjęcia stoczniowcom.

Oglądam czarno-białe zdjęcia usmarowanych mężczyzn poważnie patrzących w obiektyw. Szlaga objaśnia: Stanisław Kamiński - nurek klasyczny, Andrzej Stanulewicz - monter kadłubowy, Andrzej Browarczyk - strażnik.

Ze Stanulewiczem (42 lata w stoczni) spotykam się w pracowni Michała. Pytam o jego największy życiowy sukces. - Moje małżeństwo, które tyle lat przetrwało, fakt, że przeżyłem lata 80. O, no i wtedy, gdy wnuczka Weronika przyszła na świat - wylicza.

Porażki? - Hm. Chyba to, że jedno marzenie jest już nie do spełnienia - zawsze chcieliśmy z żoną pojechać do Rzymu, gdy Polak był papieżem. Ale na beatyfikację to już na pewno pojedziemy. I jeszcze to, że wciąż nie wygrałem szóstki w totka. Starczyłyby dwa miliony i rzuciłbym stocznię. A tak czekam na emeryturę. To będzie najważniejszy dzień w moim życiu.

Dlaczego?

- Jak zaczynałem tu pracować w 1967, stoczniowiec był jak górnik: ważna praca, dobrze płatna. Rano do roboty chciało się wstawać, nawet na urlopie człowiek myślał o tym, żeby już wrócić. Atmosfera jest zła, ludzie nie wiedzą, co ze stocznią dalej będzie. Po takiej solidarności w narodzie, jaka była w '80 roku, nic nie zostało - wtedy było nas 9 mln, dziś kilkaset tysięcy. Dużo naobiecywano, ale niewiele wypaliło. Niby jest demokracja, ale też powiedzieć wszystkiego nie można. Bardzo trzeba uważać, jak się coś mówi o dyrekcji. Ale młodzi, na przykład Artur, mój syn, który zaczynał tu jako elektryk, a teraz jest mistrzem, chwalą sobie pracę w stoczni.

- Będzie pan świętował 30. rocznicę "Solidarności"?

- Smutna rocznica, odbędzie się tylko w stoczniowym gronie. Wałęsa się na związek obraził. Ale co się dziwić - "Solidarność" podzielona, skłócona. Żeby to się zmieniło, moim zdaniem związek powinien być poza zakładem pracy, działacze nie mogą być na garnku pracodawcy, tylko powinni być utrzymywani ze składek członków, a tak za dobrze mają ci na górze.

Monter ożywia się, gdy pytam o gołębie, jego pasję: - Ponad 40 pucharów mam. Hoduję gołębie wystawowe, różne rasy: brodawczak polski, starogardzki puszysty, wywrotek pomorski... Wcześniej miałem gołębie na loty: na przykład wypuszczało się je o 7 rano w Częstochowie, a one o 11-12 były już w domu.

Człowiek w ołowianych butach

Z nurkiem klasycznym Stanisławem Kamińskim spotykam się na wielkim pływającym dźwigu "Jurand" (podnosi 100 ton). Schodzimy pod pokład, siadamy w świetlicy - wygląda jak skansen PRL-u: odrapane meble, na półce stare kryminały Edigeya, w kącie sztuczna choinka udekorowana watą.

Tabor pływający, do którego oprócz "Juranda" należy m.in. holownik "Maciej" i baza nurka obsługuje 22-osobowa załoga. Nurek klasyczny jest tylko jeden. - Do 1994 r. było nas trzech, potem młodszych zwolnili, ja się ostałem - mówi pan Stanisław. - Na czym polega nasza praca? Otwieramy most pływający, obsługujemy prom, dźwig. Ale najfajniejsze jest nurkowanie.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 7 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    9 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':