W położonej na wybrzeżu Zatoki Perskiej, ponad tysiąc kilometrów na południe od Teheranu, elektrowni atomowej w Buszerze rozpoczął się załadunek paliwa do reaktorów. - To historyczny dzień - powiedział szef irańskiej Organizacji Energii Atomowej Ali Akbar Salehi. - To wielki dzień - przyznał, przyglądając się załadunkowi, Siergiej Kirijenko, dyrektor rosyjskiej agencji atomowej Rosatom.
To
Rosja zbudowała Irańczykom elektrownię w Buszerze. Budowę zaczęli jeszcze w połowie lat 70. Niemcy z koncernu Siemens. Wycofali się z kontraktu w 1980 r., gdy po ulicznej rewolucji obalony został prozachodni szach Iranu, a władzę w Teheranie przejęli wrodzy Zachodowi ajatollahowie.
Irańczycy długo szukali kogoś, kto dokończyłby budowę elektrowni. Kolejni chętni - m.in. Hiszpanie i Argentyńczycy - wycofywali się ze współpracy pod naciskiem Amerykanów. W końcu w 1994 r. za miliard dolarów budowę zgodziła się dokończyć Rosja.
USA i Zachód - przekonane, że Iran próbuje zbudować bombę atomową, a elektrownia w Buszerze znacznie mu to zadanie ułatwi - przez długie lata odwodziły Moskwę od współpracy z Teheranem. Napotykały jednak opór Rosji widzącej w atomowej współpracy z Iranem nie tylko zarobek, ale także szansę na odbudowę wpływów na Bliskim Wschodzie.
Ostatecznie Zachód machnął ręką i nie protestował, gdy Rosjanie kończyli Irańczykom elektrownię. A ta na dobre zacznie pracę pod koniec roku, do końca sierpnia trwać będzie załadunek 160 prętów paliwowych sprowadzonych z Rosji. Kreml zobowiązał się, że pod nadzorem Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej będzie nie tylko dostarczał do Buszeru paliwo nuklearne, ale też wywoził z Iranu paliwo zużyte, które może posłużyć do wzbogacania uranu i produkcji bomby.
Irańczycy zapewniają, że elektrownia w Buszerze ma służyć wyłącznie celom pokojowym - ma zapewnić Irańczykom prąd. Rosjanie są przekonani, że nie ma żadnej groźby wykorzystania elektrowni w Buszerze do produkcji bomby atomowej. - Otwarcie elektrowni nie przybliży Iranu do wyprodukowania bomby - zapewniał kilka dni temu rosyjski minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow. - Wszyscy na Zachodzie się z tym zgadzają.
Amerykanie, którzy woleli raczej poddać Iran totalnemu ostracyzmowi, przekonują swojego najważniejszego sojusznika na Bliskim Wschodzie -
Izrael - by powstrzymał się przed nalotem na elektrownię, gdyż nie przyspieszy ona irańskich prac nad bombą. Izrael grozi, że próby budowy przez Iran bomby atomowej zniweczy właśnie powietrznymi bombardowaniami.
- Budowa bomby zajęłaby Iranowi co najmniej rok, a międzynarodowi inspektorzy na to nie pozwolą - powiedział w wywiadzie dla "New York Timesa" Gary Samore doradzający prezydentowi Barackowi Obamie w sprawach atomowych.
Amerykanie, szczególnie odkąd prezydentem został Obama, ustąpili Rosji, która przekonuje, że uruchamiając Iranowi elektrownię atomową i dostarczając do niej paliwa, odbierze się Teheranowi argument, że sam musi pracować nad technologiami nuklearnymi dla potrzeb swej gospodarki.
Jeśli teraz Iran dalej będzie prowadził prace nad wzbogacaniem uranu, sam da dowód złych intencji i nie będzie mógł narzekać, że spotkają go za to sankcje - przekonują Amerykanie. Uważają też, że ustępując Rosji w sprawie elektrowni, zmuszą Kreml do włączenia się do zgodnego frontu antyirańskiego, jeśli Teheran złamie warunki umowy.
Złamanego grosza za dobre intencje Iranu nie dają rządzący Izraelem. - To niedopuszczalne, by kraj mający sobie za nic ustalenia Rady Bezpieczeństwa ONZ, Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej, a także międzynarodowych układów o nierozprzestrzenianiu broni atomowej miał teraz cieszyć się owocami energii nuklearnej - oznajmił w weekend rzecznik izraelskiego
MSZ.
"Budowa elektrowni jest kolejnym dowodem fiaska międzynarodowych sankcji" - twierdzi gazeta "Jerusalem Post", cytując b. ambasadora USA w ONZ Johna Boltona, który uważa, że "Iran zdobędzie wkrótce coś, czego Saddam Husajn z Iraku nigdy nie był w stanie zdobyć".
Gazeta wytyka też naiwność polityki Obamy i wskazuje, że Irańczycy już dziś otwarcie zapowiadają, że będą prowadzić prace nad wzbogacaniem uranu. Przez swoją miękkość Amerykanie mieli doprowadzić do tego, że nie tylko Rosja, ale także Chiny,
Turcja i Szwajcaria torpedują polityczne plany USA wobec Iranu.
"Najprawdopodobniej Iran nie użyje bomby atomowej, gdy ją zbuduje. Ale jeśli istnieje choćby 5 proc. ryzyka, że jej jednak użyje, nie wolno na to pozwolić, bo oznaczać to będzie stuprocentową zagładę - pisze Udi Pridan w izraelskiej gazecie "Haarec". - Nie wolno podejmować takiego ryzyka, tak jak nikt nie wsiądzie do samolotu, nawet za pół ceny, jeśli istnieje 5 proc. ryzyka, że ulegnie on katastrofie. Dlatego, z Amerykanami czy bez, Izrael podejmie działania przeciwko irańskiemu programowi atomowemu".
W odpowiedzi na tę krytykę Iran zaprezentował w niedzielę pierwszy własnej produkcji bezzałogowy bombowiec dalekiego zasięgu Karrar. Samolot może razić cele w zasięgu 1 tys. km. W piątek irańskie władze informowały o udanej próbie odpalenia rakiety ziemia-ziemia z nowoczesnym systemem naprowadzania.