Do szkoły pójdzie o 40 tys. pierwszoklasistów mniej niż pięć lat temu i o 137 tys. mniej niż przed dekadą. Klasy w wielu szkołach publicznych przypominać będą te w szkołach prywatnych. W SP nr 37 w Bydgoszczy w 2c uczyć się będzie zaledwie 17 uczniów. W Opolu jeszcze mniej. - Na peryferiach miasta mamy nawet 13-osobowe klasy - mówi Irena Koszyk, naczelnik miejskiego wydziału oświaty.
O takich standardach jeszcze kilka lat temu rodzice tylko marzyli. Ten rok jest jednak wyjątkowy. W 2012 r. do pierwszych klas pójdą obowiązkowo wszystkie sześciolatki, co oznacza dodatkowe 360 tys. dzieci w ławkach. Poza tym do szkoły w kolejnych latach pójdą dzieci poprzedniego wyżu. I podstawówki znów się zapełnią.
Od liczby uczniów w szkole zależy liczba nauczycielskich etatów. Spodziewając się najgłębszego od 35 lat niżu, szkoły od lat niemal nie zatrudniały. Od 2005 r. w podstawówkach liczba etatów zmniejszyła się o 7,4 tys., w gimnazjach - o 4,3 tys. Część nauczycieli czeka na przypływ uczniów na niepełnym etacie.
- Cięcia w stosunku do lecącej na łeb na szyję liczby uczniów były niewielkie. Powód? Reforma programowa. Drugi język w gimnazjach, dodatkowe przedmioty, informatyka w grupach. Obłożone świetlice to też etaty dla pedagogów - mówi Ewa Dumkiewicz-Sprawka, dyrektorka wydziału oświaty w Lublinie i szefowa komisji oświaty Unii Metropolii Miast Polskich.
Podstawówkom zależy, by już teraz jak najwięcej rodziców sześciolatków posłało je do pierwszej klasy zamiast do zerówki. Wysyłają rodzicom ulotki, osobiście z nimi negocjują, prześcigają się w pomysłach.
- Przygotowaliśmy dla rodziców film, który pokazał, jak radzą sobie sześciolatki na lekcjach - opowiada Gabriela Grzegorowska, wicedyrektor SP nr 45 w Bydgoszczy. - Udowodniliśmy, że szkoła jest przygotowana na młodsze dzieci: mamy dobrze wyposażone sale, osobny korytarz dla klas 1-3, obniżyliśmy toalety.
Udało jej się przekonać rodziców całej grupy przedszkolaków, by rozpoczęły naukę w pierwszej klasie. Na przykład Teresę Przybysz, mamę Zuzi: - Zobaczyłam podzieloną klasę, w jednej części ławki, w drugiej pufy, zabawki,
gry. Wychowawczyni zapewniała, że w trakcie lekcji robi dzieciom krótkie przerwy, te najbardziej zmęczone wylegują się na pufach.
MEN nie ma jeszcze oficjalnych danych, ilu sześciolatków tym razem rozpocznie naukę w pierwszych klasach. W zeszłym roku na wcześniejsze posłanie dziecka do szkoły zdecydowało się zaledwie 4,3 proc. rodziców. Ministerstwo przewiduje, że teraz zainteresowanie jest znacznie większe. W stolicy sześciolatków w szkołach będzie dwa razy więcej niż przed rokiem. W Gdańsku zainteresowanie podstawówkami wzrosło z 6 do 15 proc. W Bydgoszczy pierwszą klasę zamiast zerówki dla swoich dzieci wybrało cztery razy więcej rodziców.
Niż dotyka też szkoły ponadgimnazjalne. Liczba pierwszoklasistów w liceach ogólnokształcących w ciągu pięciu lat spadła o ponad 27 tys. Ale w tym samym czasie w technikach wzrosła o 5,3 tys., a w zawodówkach - o 9,4 tys.
Dlaczego? Samorządy sterują naborem. Likwidują klasy w ogólniakach. Bydgoski ratusz dwa lata temu zamknął kilkanaście klas w liceach.
Najgłębszy niż w gimnazjach przypadnie na rok 2015/2016. Żeby nie było łatwiej dostać się do liceum ze słabszymi wynikami, wprowadzane są progi punktowe. Pierwsza była Łódź, ma je też Opole i Bydgoszcz, a nad ich wprowadzeniem zastanawia się Poznań.
- Niż demograficzny zmienił polskie szkoły - uważa Witold Kołodziejczyk, redaktor naczelny miesięcznika "Edukacja i Dialog". - Z jednej strony jest zagrożeniem dla oświaty. Daje samorządom możliwość likwidowania klas, szkół, redukcji nauczycielskich etatów bez konieczności negocjowania ze społeczeństwem. Z drugiej strony nadpodaż miejsc w szkołach sprawiła, że w oświacie zaczęły funkcjonować mechanizmy rynkowe. Uczeń stał się klientem. Szkoły muszą o niego zabiegać, budują markę.