W ubiegłą sobotę, zanim doszło do zamieszania z odsłonięciem pomnika nagrobnego, gdzie spoczywają szczątki 22 żołnierzy Lenina, w miejscu bitwy pod Radzyminem odbyła się tradycyjna rekonstrukcja historyczna. Słuchałem w
radiu wypowiedzi jej uczestników. Okazało się, że ci, którzy grają bolszewików, czynią to z "ogromnym wstydem", ale "ktoś to robić musi". Dziwne. W ostatnich rekonstrukcjach dotyczących II wojny światowej młodzi ludzie chętnie przebierają się za żołnierzy Wehrmachtu. Dlaczego? Bo to i mundury twarzowe, i żołnierze dzielni.
Płynie z tego nauka zgodna z dominującą ostatnio polityką historyczną: we współczesnej Polsce Niemcem być już nie wstyd, ale bolszewikiem - Boże broń. Podobnie stało się z mogiłami. W Polsce jest już wiele grobów żołnierzy Wehrmachtu, ale próbie odsłonięcia pomnika nagrobnego 22 bolszewików w Ossowie towarzyszy okrzyk: "Hańba!". Tablica nagrobna zostaje pomalowana czerwonymi gwiazdami, demonstranci związani z
PiS czynili z tego pole patriotycznej manifestacji.
Argument jest podstawowy. Nie można upamiętniać okrutnych najeźdźców, którzy chcieli zniszczyć zmartwychwstałą Rzeczpospolitą. Publicyści krytykujący decyzję, by wybudować tam mogiłę, przypominają powalone przez Armię Czerwoną krzyże, rozstrzeliwanie oficerów i księży czy "darcie pasów ułańskich z wziętych jeńców" (chodzi o wycinanie krwawych lampasów na nogach). Dlatego - zdają się mówić - akurat wobec bolszewików winniśmy zrezygnować z respektowania umów międzynarodowych, zgodnie z którymi każdy żołnierz z wyjątkiem zbrodniarza wojennego ma prawo do grobu.
To prawda. Wojna 1920 roku była okrutna, szczególnie na froncie południowym, gdzie najsilniejszą formacją była Konarmia dowodzona przez Siemiona Budionnego. Palenie wiosek, spalenie całego szpitala w Berdyczowie, wieszanie Żydów było zwyczajną praktyką działań wojennych tej jednostki. Wstrząsający opis wojny od strony czerwonego kawalerzysty pozostawił po sobie Izaak Babel. Jak pisał Jan Gondowicz, przypominał członka watahy Czyngis-chana, który zrozumiał, że jest barbarzyńcą.
To były okrutne czasy i okrutna wojna, ale nie tylko z jednej, bolszewickiej strony. Po polskiej stronie frontu stał ze swoją armatą Stanisław Rembek, jeden ze wspaniałych i niesłusznie zapomnianych powieściopisarzy II Rzeczypospolitej. On z kolei pisał, że owszem bolszewicy wycinają lampasy schwytanym oficerom, ale komisarzom nasi żołnierze wyrzynają nożami czerwone gwiazdy na czołach. Opisał też, jak żołnierze z jego baterii chłostali batami nawet bolszewickie trupy. Także Józef Mackiewicz, zresztą niezwykle krytyczny wobec wschodniej polityki Piłsudskiego, pisał o tym, że pochód polskich wojsk znaczyły szubienice. Zapewne trudno nam przyjąć do naszej polskiej świadomości opinię, że dla wielu ówczesnych Rosjan wojna z Polską nie była wyłącznie "eksportem rewolucji", ale wojną w obronie ojczyzny zaatakowanej przez Polaków pod Kijowem. Wszak do obrony rodiny wezwał carskich oficerów były głównodowodzący carskiej armii Aleksiej Brusiłow, a ci chętnie zgłaszali się do Tuchaczewskiego, którego przodkowie szli z Paskiewiczem na Warszawę w 1831 roku.
Sześć lat temu wraz z Ireną Lewandowską rozmawiałem z prof. Giennadijem Matwiejewem, autorem zbioru dokumentów na temat jeńców bolszewickich w polskiej niewoli. Dopiero prof. Matwiejew zwrócił mi uwagę m.in. na rozstrzelanie 200-300 bolszewickich jeńców po bitwie pod Mławą. To nie był wybryk, bo wyrok "sądu doraźnego" został zaakceptowany przez gen. Władysława Sikorskiego. Nic też nie wiedziałem o pozostawienie 4 tys. rosyjskich rannych bez pomocy na polu bitwy w sierpniu 1920 roku. A informacji o tym, że żona sowieckiego dowódcy Gaj-chana została zamordowana przez polskich żołnierzy, bo przypominała Żydówkę, jakoś nie znalazłem w naszych podręcznikach głoszących narodową chwałę. Licytowanie się, kto w wojnie 1920 roku był okrutniejszy, zdaje się głupotą piramidalną.
Problem "mogiły spod Ossowa" roku 2010 ukazał, jak bardzo my i Rosjanie pozostajemy ofiarami polityków, którzy traktują historię jak wygodne narzędzie podjudzania ludzi. Nadal postrzegamy rok 1920 jedynie jako triumf zachodniej cywilizacji. Skoro tak, chyba nie dziwi, że w Rosji tak mocne jest przekonanie, że Polacy są winni śmierci 100 tys. jeńców wojennych. Bo skoro teraz bolszewicy traktowani są jak podludzie, dla których nie ma nawet miejsca na mogiłę, to jak mogli być traktowani w 1920 roku?
Wysiłki takich historyków jak prof. Zbigniew Karpus, który w sposób obiektywy przedstawił dzieje wojny polsko-bolszewickiej, czy prof. Matwiejewa, który pięć lat temu po rosyjsku wydał zbiór dokumentów w sprawie jeńców wojennych, zaprzeczając tezie o ich eksterminacji przez Polaków, pozostają bez odzewu.
Bo skoro w 2010 roku nadal walczymy pod Ossowem w obronie krzyża, Polski, cywilizacji, racjonalna rozmowa jest niemożliwa.