http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Krzyżowa pułapka

Katarzyna Wiśniewska
2010-08-23, ostatnia aktualizacja 2010-08-20 16:36

Ilu katolików wyjdzie z kościołów, słysząc, jak duchowni ubolewają nad ciemiężonymi obrońcami świętego znaku pod Pałacem Prezydenckim?

- Jesteś księdzem czy ubekiem? - wołał "obrońca" krzyża do duchownego z kościoła św. Anny 3 sierpnia podczas nieudanej próby zabrania krzyża sprzed Pałacu Prezydenckiego. Byłam ciekawa, co mu odpowie? Przywoła do porządku, uspokoi? Ksiądz milczał, patrzył to na modlitewnik, z którego - gdyby go nie zagłuszono - odczytałby stosowną formułę, to gdzieś w bok. Milczał też drugi kapłan. Powie ktoś: nie warto wdawać się w dyskusję z awanturnikami. Może faktycznie żadne słowa by tu nie pomogły, sęk w tym, że księża nie podjęli nawet tej próby. Tam, przed znakiem swojej wiary i grupą katolików, duszpasterze czuli się wyraźnie nie na miejscu.

Symboliczny obrazek, krzyż jako pułapka. Wpadli w nią nie tylko księża ze Świętej Anny, ale cały polski Kościół. Krzyż smoleński odsłonił jego słabości, brak umiejętności komunikowania się nie tylko z "ateuszami", ale i z własnymi owieczkami.

Biskupi: Do walki!

Rzecznik Episkopatu ks. Józef Kloch przekonywał ostatnio w TVN 24, że krzyż to problem państwa: "Mam nadzieję, że ktoś wezwie zawodowych negocjatorów do rozmowy z tymi ludźmi" - mówił. Pytany, czy w tej roli nie mogliby wystąpić księża, stwierdził, że nie, bo księża nie są "ludźmi wykształconymi w tym kierunku". Ks. Kloch przekonywał, żeby "nie traktować Kościoła jako strażaka tylko dlatego, że ktoś się bawił zapałkami i powstał pożar. To spór polityczny".

Propozycja powierzenia negocjatorom rozmów o aberracjach wiary, o błędnie pojmowanej trosce o obecność krzyża w przestrzeni publicznej niekoniecznie jest, jak komentowali niektórzy internauci, dowodem postępowości Kościoła. To raczej oddanie pola, odgórna pewność, że w całej Warszawie nie ma księdza, który wyszedłby do grupy zagubionych - przynajmniej z perspektywy Kościoła - wiernych.

Pod krzyżem pojawił się tylko ks. Stanisław Małkowski. Przykro było słuchać, jak zasłużony dla opozycji kapłan opowiadał o "drugim Katyniu" i władzy, która powinna ustąpić "tak jak kiedyś w PRL".

Spór nie jest, jak chce rzecznik Episkopatu i inni ludzie Kościoła, wyłącznie polityczny. W reportażu Tomasza Kwaśniewskiego („Duży Format”, 12 sierpnia) jeden z koczujących pod Pałacem tak tłumaczy swoją obecność na Krakowskim Przedmieściu: „O tym krzyżu dowiedziałem się z telewizji. I wtedy usłyszałem w głowie głos: »Jedź pod ten krzyż. Módl się pod nim. Broń go «”. Inny, Dariusz, opowiada, czym dla niego jest krzyż: „Symbolem męki, wiary i jedności narodu polskiego”.

To mieszanina pobożności i patriotyzmu, emocji religijnych i martyrologii. Nie wzięła się z powietrza - polskim katolikom wpoili ją księża i biskupi. To nie pod smoleńskim krzyżem padło po raz pierwszy hasło "tylko pod tym znakiem Polak jest Polakiem", kilka miesięcy wcześniej z lubością powtarzał to abp Andrzej Dzięga przy okazji wyroku Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu o krzyżach we włoskiej szkole. Ciężkie działa wytoczyli wtedy inni hierarchowie. Abp Stanisław Gądecki w "Przeglądzie Katolickim" pisał: "To, co dawny socjalizm narodowy i międzynarodowy starał się osiągnąć przy zastosowaniu brutalnej przemocy, teraz niektóre instytucje międzynarodowe starają się osiągnąć przy pomocy zideologizowanego prawa".

Krzyża należy bronić - pouczali od zawsze biskupi. Może gdyby nie poprzestawali na zagrzewaniu do walki i zamiast o obronę krzyża, apelowali o szacunek dlań, autorytet metropolity warszawskiego wystarczyłby, by wówczas, 3 sierpnia, krzyż spod Pałacu zabrać.

Sataniści spod krzyża

Długi czas myślałam, że sprawa krzyża rozpala przede wszystkim polityków i dziennikarzy, i oczywiście przypadkowych gapiów. Zmieniłam zdanie, gdy jednego dnia przypadkowo usłyszałam, jak dyskutują o niej - w sklepie, w parku - ludzie w różnym wieku, w tym nastolatki. Czy awantura o krzyż zachwieje autorytetem Kościoła? Trudno prorokować. Zasadne jest za pytanie, czy gdyby na uroczystościach żałobnych miliony ludzi nie słyszały od biskupów, jak bardzo poniewierany był prezydent Kaczyński, o "prawej Polsce, która podniosła głowę", obozowisko pod Pałacem w ogóle by powstało? Łatwo jednak przewidzieć, że ludzie te okoliczności będą łączyć. Tak samo jak łatwo połączyć okrzyki "hańba" na widok Bronisława Komorowskiego z osobliwym katechizmem głoszonym podczas kampanii prezydenckiej z niektórych ambon, że głosowanie na kandydata PO to grzech.

Jeśli wierni spostrzegą u duchownych chęć wpływania na życie publiczne - czy przez podsuwanie wyborcom wskazówek wyborczych, czy przez dzwonienie do polityków, by zagłosowali za taką, a nie inną ustawą - ich dystans do Kościoła instytucjonalnego zapewne się pogłębi.

Statystyki już teraz są niepokojące. Z badań Instytutu Statystyki Kościoła Katolickiego wynika, że coraz mniej katolików chodzi w niedzielę do kościoła. Dziesięć lat temu było ich 47,5 proc., w roku 2009 - 41,5 proc. Spada też - wedle sondażu Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego - zaufanie do Kościoła. Episkopatowi w 1998 r. ufało prawie 50 proc. Polaków. Teraz ich liczba zmniejszyła się o siedem punktów procentowych.

Znam ludzi, którzy nie mogąc znieść zaangażowanych partyjnie kazań, wychodzą z kościoła w środku mszy. Ilu wyjdzie, słysząc, jak duchowni ubolewają nad ciemiężonymi obrońcami krzyża? Bo w tej sprawie mimo jasnego stanowiska prezydium Episkopatu czy prymasa Józefa Kowalczyka sami biskupi są podzieleni. Abp Sławoj Leszek Głódź usprawiedliwiał "obrońców" krzyża. Podzielił ich "niepokój, czy prawda o tamtym dniu zostanie należycie wyjaśniona", i poparł żądania postawienia pomnika, bo rzekomo tego "oczekuje naród".

Dwuznacznie zabrzmiała niedzielna homilia kard. Stanisława Dziwisza. Metropolita krakowski, wyrażając nadzieję, że "spór o miejsce krzyża znajdzie godne rozwiązanie", stwierdził jednocześnie: "Jesteśmy dalecy od nienawiści i walki, ponieważ krzyż jest znakiem przebaczenia i pojednania, ale domagamy się szacunku dla krzyża i prawa do jego obecności także w przestrzeni publicznej".

Z kolei abp Dzięga pytany przez "Nasz Dziennik", czy "walka z krzyżem, która ma swoje różne odsłony, od Trybunału w Strasburgu po plac przed Pałacem Prezydenckim, to jakieś odradzanie się bolszewizmu obok nas", odparł, że "istota problemu jest podobna - są ośrodki władzy chcące przejmować rząd dusz ludzkich nie tylko niezależnie od Boga, ale wręcz przeciwko Bogu".

Dla wielu duchownych akcja "przenieść krzyż" jest niebezpiecznie daleka od forsowanej przez Kościół nauki o świętych znakach w miejscach publicznych. Dlatego, paradoksalnie, nocny happening zwolenników przeniesienia krzyża był im na rękę, bo od tej pory całą winę za grę krzyżem, bezczeszczenie świętego znaku można zrzucić na wołających: "Chcemy koła zamiast krzyża". Tak zrobił generał zakonu paulinów o. Izydor Matuszewski, który zastanawiał się 15 sierpnia na Jasnej Górze, "jak odczytać drwiny z krzyża przed Pałacem Prezydenckim i robienie sobie z niego zabawy polityczno-satanistycznej?".

Oto mamy klasyczną już dychotomię: po jednej stronie Polak, katolik, obrońca krzyża; po drugiej: satanista, mason lub lewak. Widać to choćby w komentarzu ks. prof. Tadeusza Guza w "Naszym Dzienniku", zdaniem którego "tego rodzaju walka z krzyżem wpisuje się w ruchy, które określiłbym jako neokomunistyczno-neoliberalistyczne" (17 sierpnia). Kościołowi nie tylko brakuje pomysłu, jak przekonać do siebie ludzi stojących na obrzeżach lub też całkowicie niechętnych katolicyzmowi. Nie ma też najmniejszej ochoty, by ten wysiłek podjąć.

Ks. Józef Tischner pisał niegdyś o specyficznym typie religijności, w której „bliźnim jest przede wszystkim członek tej samej »rodziny «, uczestnik tych samych »przeżyć «, nosiciel podobnych »uczuć «, czciciel tych samych »bóstw «, mieszkaniem m o j e g o regio. Cała reszta to »wrogowie wiary «: celnicy, poganie, »samarytanie « różnej maści. ( ) Oczywiście nazwy się zmieniają, ale schemat trwa. To, czy »celnika « zastąpi »liberał « lub »komunista « nie ma większego znaczenia”.

Skąd my to znamy? Tyle że ta religijność, którą ks. Tischner nazywał sekciarską, dla znacznej części polskiego Kościoła zdaje się jedyną strategią duszpasterską. Stosując się do niej, można odstraszyć najbardziej wyrozumiałych wyznawców. To dopiero jest "zabawa zapałkami".





Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 1 komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    4 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':