- Klaus Ernst zbyt zasmakował we władzy. Wyjdzie mu to bokiem - tak o przewodniczącym Lewicy, wspólnej partii dawnych enerdowskich komunistów i zachodnioniemieckich lewaków, mówią jego koledzy. Zarzucają mu życie w przepychu i oszustwa, które bada prokuratura. Padło nawet hasło, by po trzech miesiącach kierowania partią odszedł ze stanowiska.
Zaczęło się od porsche 911, które Ernst trzyma w garażu domu w Bawarii i od czasu do czasu jeździ nim do swojej daczy w tyrolskich Alpach. O ekstrawaganckim samochodzie pod koniec lipca napisał "Bild". Brukowiec podliczył też miesięczne dochody Ernsta. Od Bundestagu (jest posłem), krajowego i landowego zarządu swojej partii, dostaje w sumie 17 tys. euro miesięcznie.
Ernst bronił się, że porsche ma 10 lat, w domu w Alpach nie ma nawet prądu, a jego partyjne zarobki, które "Bild" zawyżył o kilka tysięcy, i tak są o wiele niższe od pensji pobieranych przez szefów innych partii.
Tak czy owak sprawa jest kompromitująca, bo Lewica to jedyna partia niemiecka, która sprawę walki z biedą stawia na ostrzu noża i radykalnie chce ograniczyć pensje zarabiających krocie menedżerów wielkich koncernów. Od lat domaga się podwyższenia zasiłków dla bezrobotnych do tysiąca euro i nałożenia na koncerny wysokich podatków. Żadna inna partia nie atakuje kapitalizmu i bogatych, używając języka z wieców robotniczych z początku XX w. Poparcie dla Lewicy nie słabnie i oscyluje wokół 10 proc.
- Nic mu tak nie zaszkodziło jak to porsche. To symbol luksusu, który kłuje członków partii i związkowców w oczy - mówi "Focusowi" związkowiec z Bawarii.
Ale porsche okazało się tylko początkiem kłopotów przewodniczącego. Szybko bowiem przypomniano sobie, że w maju "Spiegel" opisał, jak Ernst latał na posiedzenia zarządu związków zawodowych IG Metall oraz rad nadzorczych dwóch firm, a za bilety płacił Bundestag. A nie powinien, bo polityk leciał tam jako osoba prywatna, a nie poseł. Sprawę bada prokuratura.
Kilka dni temu "Süddeutsche Zeitung" zarzucił Ernstowi, że przed zeszłorocznymi wyborami do Bundestagu nie dostałby partyjnej nominacji na bycie numerem jeden na listach Lewicy w Bawarii, gdyby nie sfałszował prawyborów. Cytowany przez gazetę skarbnik bawarskiego oddziału partii twierdzi, że na Ernsta głosowali m.in. zmarli oraz ludzie, którzy nigdy nie należeli do Lewicy. Dzięki temu przewodniczący nieznacznie wygrał prawybory i został posłem.
Ernst broni się, że informacje o fałszerstwach to szyta grubymi nićmi intryga. Mimo to wynajął znanego adwokata specjalizującego się w sprawach beznadziejnych, który bronił m.in. terrorystów z Frakcji Czerwonej Armii. Po serii skandali pozycja Ernsta w partii słabnie. - Jest socjalistą, który lubi pić szampana, a to oznacza, że socjalistą nie jest - mówi jeden z polityków Lewicy.
Źródło: Gazeta Wyborcza