Cztery dni temu prof. Tomasz Nałęcz, w przeszłości działacz Unii Pracy (w czasach, gdy ta była w koalicji z
SLD), potwierdził, że otrzymał propozycję objęcia stanowiska doradcy prezydenta Bronisława Komorowskiego i tę propozycję przyjął. W jednej z telewizji ukazał się zbiór fotografii: Danuta Hübner, Marek Belka, Tomasz Nałęcz, a w przyszłości
Ryszard Kalisz i
Wojciech Olejniczak. Wniosek prosty, prawo serii zdaje się wskazywać:
Platforma Obywatelska kokietuje ludzi lewicy. Tłumaczenia pojawiły się dwa, ale rozbieżne. Komorowski i PO chcą osłabić politycznego konkurenta, albo jest to zapowiedź przyszłej koalicji. Skoro w tej sprawie istnieje aż taka rozbieżność interpretacji, to może cała teza jest fałszywa?
Kreowanie w mediach Tomasza Nałęcza na łącznika konserwatywnego prezydenta z lewicą wydaje się ciężkim nieporozumieniem. Wywodzący się z PZPR Nałęcz należał w okresie po aferze Rywina do najostrzejszych krytyków tej formacji. Będąc przewodniczącym rywinowskiej komisji "zawiódł zaufanie" partii, starając się obiektywnie wyjaśnić aferę, która pogrzebała SLD w wyborach 2005 roku. Najpierw poparł Marka Borowskiego, który rozbił SLD, a potem został szefem sztabu wyborczego jego konkurenta w wyborach prezydenckich 2005 roku Włodzimierza Cimoszewicza. Co teraz o Nałęczu mówią politycy lewicy związani z Grzegorzem Napieralskim? Nic dobrego. Wystarczy posłuchać Joanny Senyszyn i Jerzego Wenderlicha. Ten ostatni życzył mu ironicznie, aby nie był tak podatny na polityczne zdrady jak do tej pory.
Równie dobrze decyzję Komorowskiego można byłoby interpretować jako odstraszającą polityków SLD od współpracy. Dla większości z nich prof. Nałęcz działa jak płachta na byka, i cóż z tego, że czerwona.
Dlaczego więc profesor będzie doradcą prezydenta? Być może po prostu dlatego, że jest kompetentnym historykiem, a także dobrym znajomym prezydenta z okresu pracy w Sejmie. Nałęcz, podobnie jak dotychczasowi współpracownicy prezydenta, został dobrany z merytorycznego, a nie z politycznego klucza.
Ostatnio nic też nie wskazuje na to, że Platforma chciałaby przejąć "malkontentów" z grona polityków SLD. Wybory prezydenckie nauczyły kierownictwo PO, że gesty w lewą stronę raczej wzmacniają pozycje Grzegorza Napieralskiego wewnątrz partii, a samą SLD w wyborach. Łatwiej mu bowiem zwalczać wewnętrznych przeciwników, których partyjne masy uważają za potencjalnych zdrajców, a nie ideowych i dbających o przyszłość formacji krytyków kierownictwa.
Także pogłoski o wymianie koalicjanta z jakoby wstecznego
PSL na promodernizacyjny SLD wydają się przedwczesne. Po co wybierać sobie koalicjanta silniejszego, skoro zabiegające o polityczny byt PSL jest partnerem wystarczającym? Praktyka pokazała, że przy wsparciu prezydenta można w Polsce rządzić bez parlamentarnej większości. I na koniec - kto widział, aby koalicję robić przed wyborami parlamentarnymi? A te, o ile wiadomo, mają być jesienią 2011 roku.
Platforma nie potrzebuje obecnie żadnych politycznych transferów, bo nic na nich nie zyska. Być może jej problemem w przyszłości będzie to, że stała się ugrupowaniem zbyt rozmytym. Teraz sama wystarczy sobie za lewicę, prawicę i centrum.