http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Karzaj dziękuje najemnikom

Wojciech Jagielski
2010-08-20, ostatnia aktualizacja 2010-08-19 16:45

Amerykańscy i afgańscy żołnierze na posterunku w Lakokhel w prowincji Kandahar na południu Afganistanu
Amerykańscy i afgańscy żołnierze na posterunku w Lakokhel w prowincji Kandahar na południu Afganistanu
Fot. Brennan Linsley AP

Najemni żołnierze stanowiący drugą po Amerykanach siłę zachodniej koalicji do końca roku mają opuścić Afganistan - postanowił prezydent Hamid Karzaj. Zaskoczeni sojusznicy przekonują, że bez nich nie uporają się z talibami

Najemników z prywatnych firm ochroniarskich zaczęto masowo werbować na wojny prowadzone przez Amerykanów i ich zachodnich sprzymierzeńców w Iraku i w Afganistanie. W Iraku pod względem liczebności ustępowali tylko Amerykanom, a za sprawą brutalności, z jaką traktowali ludność cywilną, szybko zyskali fatalną opinię.

W Afganistanie takich firm działa pół setki, armię najemników zaś szacuje się na ponad 50 tys. Są wśród nich cudzoziemcy, emerytowani żołnierze i policjanci, ale większość stanowią Afgańczycy wynajmowani w miejscowych prywatnych armiach i firmach ochroniarskich. Werbują ich też zagraniczne firmy najemnicze, które - jak Blackwater (dziś występujący pod nazwą Xe), DynCorp czy Saladin - zbiły na wojnach fortuny. Od 2001 r. USA wydały na usługi takich wojsk ponad 100 mld dol.

Szczególnie chętnie korzystał z nich były sekretarz obrony USA Donald Rumsfeld uważany za głównego architekta wojen w Iraku i Afganistanie. Ochraniali oni tamtejszych dygnitarzy, ambasady, cudzoziemców z organizacji dobroczynnych, dziennikarzy i każdego, kogo było stać na ich wynajęcie. Szkolili też miejscowe wojska i policję, strzegli lotnisk, konwojowali karawany z zaopatrzeniem dla zachodnich sił.

Podobnie jak w Iraku także w Afganistanie zyskali niechęć miejscowej ludności i rządu, urządzając sobie państwa w państwie. Lepiej uzbrojeni i wyszkoleni nie uznawali władzy kabulskich urzędników ani dowódców, za nic mieli sobie miejscowe prawo i podkradali najlepszych żołnierzy z lokalnych sił, kusząc ich większymi zarobkami.

Największą wrogość Afgańczyków budziły konwoje najemników taranujące wszystko po drodze, wywołujące kraksy i przejeżdżające przechodniów. Pod koniec lipca, kiedy rozpędzony samochód najemników z USA rozjechał na ulicy czterech kabulczyków, wzburzony tłum próbował ich zlinczować i zaatakował amerykańską ambasadę.

- Złodzieje za dnia, terroryści nocą - mówił o nich prezydent Karzaj. Już po zwycięstwie w zeszłorocznych wyborach prezydenckich obiecywał, że położy kres samowoli najemników. Jego wtorkowy dekret dający tym firmom cztery miesiące na zwinięcie żagli zaskoczył jednak zachodnich sojuszników. Do końca roku muszą więc rozpuścić swoje armie, a ich żołnierze mogą wstąpić do wojska lub policji. Z obowiązku tego zwolniono na razie firmy ochroniarskie, których żołnierze strzegą ambasad, ale nie opuszczają z bronią ich terytorium. Z czasem i ich obowiązki mają przejąć afgańskie wojsko i policja.

Dekret Karzaja zaskoczył Amerykanów, którzy w tym roku zwiększają liczbę wojsk w Afganistanie do ponad 100 tys. (łącznie liczba zachodnich wojsk przekroczy jesienią 150 tys.) i planowali raczej rozbudowę najemniczych armii.

- Cel jest słuszny i całym sercem go popieramy - stwierdził w Kabulu Jon Kerry, przewodniczący senackiej komisji spraw zagranicznych.

- My też chcemy jak najszybciej zrezygnować z usług prywatnych firm ochroniarskich - zapewnił gen. Josef Blotz z dowództwa zachodnich wojsk w Afganistanie. - Ale nie możemy tego zrobić, dopóki ich roli nie jest w stanie przejąć wojsko i policja.

- Nikt nie mówi, że będzie łatwo, ale uporamy się i z tym zadaniem - zapewnił w środę afgański wiceminister spraw wewnętrznych gen. Monir Mangal. Jego poprzednik na tym stanowisku gen. Abdul Hadi Chalid jest jednak przeciwnego zdania: - W cztery miesiące nasze służby nie dadzą rady zastąpić najemnych żołnierzy. Potrzeba na to co najmniej dwóch-trzech lat.

Dekretowi Karzaja sprzeciwiają się też właściciele afgańskich, prywatnych firm ochroniarskich, z których wielu jest krewnymi kabulskich dygnitarzy. Utrzymywanie i dzierżawienie takich armii uważane jest za najbardziej dochodowy interes po szmuglu narkotyków. Największą w kraju firmą najemniczą Watan kierują w Kandaharze bracia Ahmad i Raszid Popalowie, kuzyni prezydenta. Własną firmę prowadzi też Hamid Wardak, syn ministra obrony.

- Jeśli prezydent postawi na swoim, nikt nie ustrzeże przed talibami karawanu z zaopatrzeniem dla zachodnich wojsk, a pozbawieni naszej ochrony cudzoziemcy z dobroczynnych organizacji uciekną precz, skazując ludzi na nędzę - ostrzega Raszid Popal. - Dwie trzecie z rozpuszczonych przez nas żołnierzy pójdzie do talibów, żeby zarabiać bronią na życie.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 1 komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    5 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':