Chodnik w centrum Łodzi. Rozstawione pudła z tanimi chińskimi majtkami, biustonoszami, bluzkami. Przy "stoiskach" kolejki. Proceder organizują tajemniczy hurtownicy. Zarabiają krocie, nie płacą podatków.
Handlarze są karani mandatami, płacą je hurtownicy. Albo i nie - ukarani nie mają pracy, są biedni i sądy nie wymierzają im kar. Tak wygląda od prawie sześciu lat handel na ulicach wielu polskich miast. Przeciwko temu protestowali wielokrotnie legalni handlarze, którzy płacą podatki i czynsze za najem lokali. Ale organy ścigania, służby porządkowe czy urzędnicy byli bezradni. W Łodzi np. walka z procederem trwa od pięciu lat. Sprawą nielegalnego handlu pod koniec 2009 r. zajęła się nawet sejmowa komisja "Przyjazne państwo". Proponowała zmiany w kodeksie wykroczeń: za nielegalne handlowanie miałby grozić areszt, a nawet więzienie! A towar można by skonfiskować. Łódzka posłanka Hanna Zdanowska: - W pierwszym czytaniu projektu zarzucono nam, że zakazując ulicznego handlu pudełkowego, wymierzamy cios drobnym rolnikom, "babciom z pietruszką". Kiedy wprowadziliśmy zmianę, która na drobny handel płodami rolnymi pozwala, zarzuca się nam, że to niekonstytucyjne, bo nie wolno segregować i na pietruszkę pozwolić, a na staniki nie.
Spośród dużych miast z plagą najlepiej radzi sobie stolica. Wykorzystała art. 343 kodeksu cywilnego. Mówi on, że "po samowolnym naruszeniu stanu posiadania właściciel ma prawo przywrócić stan poprzedni". Oznacza to, że jeśli handlarz stawia na chodniku pudła bez zgody właściciela chodnika (czyli miasta), to urzędnik może swoją własność oczyścić (czyli zabrać pudła). A żeby odebrać towar, trzeba zapłacić co najmniej 170 zł plus 40 zł za każdy miesiąc przechowywania. Po kilku wizytach w magazynie handel przestaje się opłacać. I pudła znikają.
- Niedługo u nas będzie tak samo. Będziemy konfiskować nielegalnie sprzedawany towar. To sposób, żeby zniechęcić do łamania prawa - ogłosił wczoraj Tomasz Sadzyński, prezydent Łodzi.
W najbliższy wtorek na ulice wyjdą zespoły - w każdym urzędnik, przedstawiciel Zarządu Dróg i Transportu i strażnicy miejscy. - Jeśli handlarz sam nie odejdzie, skonfiskujemy mu towar - mówi Sadzyński.
Magistrat przygotował już magazyn, do którego zwiezie pudła. - Oddamy je, gdy zgłaszający się udowodni, że jest właścicielem towaru, na przykład pokazując faktury zakupu. Będzie też musiał zapłacić za przechowanie - złotówkę za worek za każdy dzień - mówi Włodzimierz Roszkowski, dyrektor delegatury dzielnicy Łódź-Górna.
Z problemem zmagają się także w Gdańsku. Zastosowali mniej konwencjonalną metodę. Kiedy latem nielegalni handlarze zalali Główne Miasto, pewnego ranka czekał na nich wiceprezydent Maciej Lisicki z pracownikami Przedsiębiorstwa Robót Sanitarno-Porządkowych. Gdy handlarze próbowali się rozstawiać, pracownik PRSP łapał wąż i zaczynał... myć chodnik. Metoda okazała się skuteczna, ale tylko częściowo. - Handlarze wynieśli się w inne miejsca - mówi Michał Piotrowski z biura prasowego gdańskiego magistratu. - A my nie możemy ganiać ich z wężem po całym mieście.
Źródło: Gazeta Wyborcza