http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Dowody z Moskwy

Marcin Wojciechowski, Moskwa
2010-08-19, ostatnia aktualizacja 2010-08-19 09:25

Dzień katastrofy, szczątki prezydenckiego Tu-154
Dzień katastrofy, szczątki prezydenckiego Tu-154
Fot. Filip Klimaszewski / Agencja Gazeta

11 tomów akt rosyjskiego śledztwa w sprawie katastrofy prezydenckiego Tu-154 ma dziś dostać w Moskwie szef Wojskowej Prokuratury Okręgowej w Warszawie gen. Krzysztof Parulski. Co w nich będzie?

Parulski prawie cały wczorajszy dzień spędził w siedzibie Międzypaństwowego Komitetu Lotniczego (MAK) w Moskwie, który zajmuje się wyjaśnianiem przyczyn katastrofy. Badał tam czarne skrzynki Tu-154 zamknięte w sejfie. Na początku swojej wizyty w Moskwie Parulski powiedział, że musi je jeszcze raz sprawdzić z "przyczyn technicznych". Po wyjeździe z MAK nie chciał rozmawiać z dziennikarzami.

- Chodziło o to, by wykluczyć, że w kopiach przekazanych pod koniec maja stronie polskiej nie było żadnych przerw w nagraniu ani zakłóceń - mówi nasze źródło w MAK. - Ja nie mam co do tego wątpliwości, ale może prokurator uważa inaczej.

Oryginały czarnych skrzynek z Tu-154 zostaną przekazane do Polski, ale dopiero za jakiś czas. Najpierw MAK musi ogłosić swój raport w sprawie katastrofy, co nastąpi najwcześniej za kilka miesięcy. Potem skrzynki dostanie rosyjska prokuratura. I to ona może przekazać je do Warszawy.

W czasie, gdy Parulski był w MAK, jego ludzie rozmawiali z pracownikami polskiej ambasady w Moskwie. Temat rozmowy: organizacja wizyty prezydenta Lecha Kaczyńskiego 10 kwietnia w Katyniu. Przedstawiciele prokuratury twierdzą, że pracownicy ambasady byli przesłuchiwani w charakterze świadków i że zabezpieczyli dokumenty. Pracownicy ambasady nie chcieli jednak potwierdzić tej informacji.

Dziś Parulski ma się spotkać z rosyjskim prokuratorem generalnym Jurijem Czajką. To wtedy dostanie 11 tomów akt rosyjskiego śledztwa w sprawie katastrofy, ale nie wiadomo do końca, co w nich będzie. - Szansa, że będą tam protokoły sekcji zwłok wszystkich ofiar, na których tak bardzo zależy polskim śledczym, jest mała - mówi nasze źródło. Mogą tam jednak być protokoły przesłuchań przeprowadzonych przez rosyjskich prokuratorów np. wśród obsługi lotniska w Smoleńsku.

Pod koniec lipca Warszawa ogłosiła, że współpraca z Moskwą w sprawie wyjaśniania przyczyn katastrofy doszła do ściany, bo Rosjanie nie przekazują wszystkich dokumentów i nie odpowiadają na prośby o pomoc prawną. Ostry list z prośbą o dodatkowe materiały wysłał do MAK polski przedstawiciel przy rosyjskiej komisji Edmund Klich. We wtorek wrócił z urlopu. - Nie dostałem nowych dokumentów po powrocie, ale nie tracę wiary w dobrą współpracę z MAK - mówi "Gazecie" Klich. Domagał się on m.in. możliwości ponownego przesłuchania kontrolerów z lotniska w Smoleńsku oraz bardziej szczegółowych informacji o stanie technicznym lotniska w dniu katastrofy.

Klich dostał odpowiedź, że zdaniem strony rosyjskiej robi ona wszystko zgodnie z procedurami, a opóźnienia w przekazywaniu dokumentów wynikają m.in. z tego, że lotnisko Siewiernyj jest obiektem wojskowym i armia utrudnia dostęp do niektórych materiałów. - Teraz piszę drugi list z 80 szczegółowymi pytaniami - informuje Klich. - Liczę, że dostanę na nie odpowiedź zgodnie z załącznikiem 13. konwencji chicagowskiej, która daje nam prawo wglądu w materiały rosyjskiego śledztwa. Jeśli strona rosyjska nie udzieli odpowiedzi, możemy odwołać się do arbitrażu międzynarodowego. Mam nadzieję, że do tego nie dojdzie, bo nikomu to nie będzie na rękę.

Wczoraj rano Klich dostał tłumaczenie "tła" rozmów pracowników wieży kontrolnej lotniska Siewiernyj przed i w czasie lądowania Tu-154 (tego, czego nie słychać w eterze). - Wcześniej miałem dostęp do tego dokumentu po rosyjsku i nie znalazłem w nim żadnych sensacji - mówi Klich. - Ale muszę szczegółowo przeczytać go po polsku, bo ważne są wszelkie niuanse.

Klich ujawnił też, że rozmawiał już z trzema pracownikami, którzy w chwili lądowania znajdowali się w wieży kontrolnej, oraz z meteorologiem lotniska. Klich rozmawiał też z pilotem rosyjskiego Iła-76, który dwukrotnie podchodził do lądowania przed Tu-154, ale ostatecznie odleciał na lotnisko zapasowe. - Chciałbym z nim porozmawiać jeszcze raz, żeby sprecyzować pewne szczegóły. Czekam na zgodę Rosjan - mówi Klich.

Najwięcej zastrzeżeń ma do oblotu lotniska, który Rosjanie przeprowadzili 15 kwietnia. Miał on pokazać, czy urządzenia lotniska Siewiernyj były 10 kwietnia sprawne. Samolot pomiarowy nie dokonał jednak wtedy pełnego lądowania, ale odleciał 2 km przed progiem lotniska. Nie ma więc odpowiedzi na pytanie, czy kontrolerzy widzieli do końca precyzyjnie pozycję Tu-154. - Rosjanie obiecali uzupełnić oblot. Czekam na dokumenty - mówi Klich.

Ogólnie - jego zdaniem - obraz katastrofy jest już jasny. Sam wyliczył 12 przyczyn, ale zaznacza, że to jego ustalenia prywatne. Klich: - Zadajemy Rosjanom coraz więcej pytań. Mam nadzieję, że na nie odpowiedzą, bo bez tego końcowy raport będzie niepełny i będziemy zgłaszać do niego uwagi.

Klich odrzuca zarzuty wobec polskich dyplomatów, że przed przylotem prezydenta Kaczyńskiego nie sprawdzili stanu lotniska Siewiernyj. - Tym się nie powinni zajmować dyplomaci, ale fachowcy z BOR lub lotnictwa. Niestety, taka była rutynowa praktyka, że przed lotami polskich VIP-ów nie sprawdzano lotnisk, na których mają lądować - twierdzi.

Przeczytaj też komentarz Marcina Wojciechowskiego: Katastrofa smoleńska i kopanie się po kostkach

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 5 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    13 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':