Wczoraj minęło sto dni rządów konserwatywno-liberalnego tandemu Davida Camerona i Nicka Clegga. Premier spędził tę rocznicę na wakacjach z rodziną w hiszpańskiej Rondzie. A media i opinia publiczna go chwalą.
57 proc. Brytyjczyków uważa, że Cameron sprawdził się jako premier, 52 proc. ufa, że podejmie właściwe decyzje. Zdaniem 46 proc. ankietowanych koalicja konserwatystów z Liberalnymi Demokratami dobrze rządzi, a 36 proc. ma odmienne zdanie. Takie są wyniki ogłoszonego wczoraj sondażu ośrodka ICM.
Tymczasem na początku maja, a więc tuż przed wyborami, mało kto uważał, że dwie tak różne partie jak torysi i Liberalni Demokraci mogą razem rządzić. Sceptycyzm był zrozumiały - przez ostatnie 60 lat Brytyjczycy znali tylko rządy jednopartyjne. Kiedy Cameron i Nick Clegg siedli do negocjacji eksperci uznali, że skończą się fiaskiem. A po ogłoszeniu umowy koalicyjnej wróżyli, że koalicja szybko się rozleci.
Pomylili się. "Financial Times" pisze, że sojusz Camerona z Cleggiem nazwany na początku złośliwie "koalicją Brokeback" (od tytułu filmu "Tajemnica Brokeback Mountain" o miłości dwóch gejów) staje się "koalicją na złamanie karku" (breakneck coalition) z racji tempa, w jakim chce zmieniać kraj.
- Koalicja pracuje bardzo dobrze. Jedyny konflikt, który ujrzał światło dzienne, to spór o finansowanie systemu obrony nuklearnej "Trident" między kierowanymi przez konserwatystów ministerstwem obrony a resortem finansów - mówi "Gazecie" politolog Anthony King z Uniwersytetu Essex.
King przyznaje, że uderzyło go tempo, z jakim rząd wziął się do reform w szkolnictwie, służbie zdrowia, systemie opieki socjalnej. Sądzi on, że Cameron chce iść szybciej niż Żelazna Dama. - Margaret Thatcher była zdeterminowana, aby przeprowadzić daleko idące reformy, ale działała wolniej. To, co się dziś kojarzy z jej rządami, czyli ostra dyscyplina monetarna,
prywatyzacja, wzięcie w karby związków zawodowych, zajęło kilka lat - mówi Anthony King.
Jego zdaniem Cameron jest równie zdeterminowany jak Thatcher, ale działa znacznie szybciej i znacznie więcej ryzykuje. Premier to wie. - To, czego się nauczyłem nie tylko od Margaret Thatcher, ale i od Partii Pracy, to zasada: musisz działać szybko - pisze we wstępniaku napisanym dla bulwarówki "The Sun" czytanej przez miliony ludzi.
Praktycznie wszystkie najważniejsze reformy zostały ogłoszone w ciągu pierwszych stu dni. Pod koniec maja było jasne, że rząd, który odziedziczył rekordowy, szacowany na 155 mld funtów
deficyt budżetowy nie zawaha się przed ostrymi cięciami wydatków i odbieraniem przywilejów socjalnych. Projekt budżetu zakłada oszczędności - sięgające miliardów funtów cięcia i podwyżkę VAT z 18 do 20 proc.
Cameron obiecuje, że cięcia dotkną wszystkich, ale i wszyscy na tym skorzystają. Obywateli zaprosił do współrządzenia państwem niezwykle scentralizowanym przez 13 lat rządów Partii Pracy. Kluczowy dla konserwatystów plan "Wielkie społeczeństwo" zakłada, że lokalne społeczności i organizacje charytatywne mogą rządzić lepiej niż urzędnicy z administracji rządowej.
Decentralizacja ma dotknąć nie tylko samorządy, ale i szkolnictwo. Rząd mówi o tworzeniu tzw. wolnych szkół, czyli placówek zakładanych przez nauczycieli czy stowarzyszenia rodziców, a finansowanych z publicznych pieniędzy. Zmiany czeka system penitencjarny - drobni przestępcy zamiast iść siedzieć w przepełnionych więzieniach, mają pracować na rzecz gminy.
W ciągu pięciu lat ma się odbyć referendum w sprawie systemu wyborczego. Jeśli Brytyjczycy się zgodzą, rozpocznie się odchodzenie od systemu większościowego z jednomandatowymi okręgami wyborczymi. Oznacza to, że system, w którym na zmianę rządzą dwie partie - konserwatyści i laburzyści - zostanie zastąpiony przez rządy koalicyjne. Tak jak to się dzieje w większości państw europejskich.
Cameron zmienia też politykę zagraniczną. Nie fetyszyzuje strategicznego partnerstwa z
USA, zapowiada wyjście z Afganistanu w 2015 roku (co bardzo się podoba Brytyjczykom). Nie wahał się prosić w Indiach, dawnej perle w brytyjskiej koronie, o hinduskie inwestycje.
Mówi to, co myśli, łamiąc dyplomatyczne konwenanse, i czasami popełnia okropne gafy. Właśnie w Indiach naraził się na krytykę, zwłaszcza Islamabadu, gdy stwierdził, że Pakistan odpowiada za szerzenie się terroru.
Eksperci są zgodni, że najgorsze jeszcze przed rządem. Jesienią mają być ogłoszone cięcia w administracji, w przyszłym roku wzrośnie VAT. Pojawią się zapewne tarcia w koalicji, gdyż liberałowie, których poparcie spadło z 20 do 11 proc., domagają się prawa weta wobec decyzji zapadających w łonie rządu.
- Nikt nie potrafi przewidzieć, czy koalicja przetrwa do wyborów w 2015 roku. Ale na pewno liberałom będzie trudno się wycofać - mówi prof. King.