W wywiadzie opublikowanym dziś w "Polityce", Komorowski podkreśla, że nigdy nie mówił o usunięciu krzyża, ale "o potrzebie przeniesienia go w sposób godny, w porozumieniu z władzami kościelnymi w godne miejsce - czyli do kościoła św. Anny".
Broni krytykowanej przez tzw. obrońców krzyża tablicy, która zawisła na Pałacu Prezydenckim. - Pierwszą moją decyzją jako prezydenta, podjętą w dniu zaprzysiężenia było wydanie polecenia szefowi mojej kancelarii upamiętnienia tych wydarzeń, które wiążą się z Pałacem Prezydenckim, a których symbolicznym wyrazem był krzyż. To musiało się odbyć w zgodzie z przepisami, a więc w porozumieniu z konserwatorem zabytków i miastem, ale także z podkreśleniem, że to była inicjatywa harcerska - i to właśnie się stało - mówi prezydent. Dziwi się pomysłom na postawienie przed Pałacem Prezydenckim pomnika, którego domagają się zwolennicy Lecha Kaczyńskiego: - Jak przed pomnikiem księcia Józefa Poniatowskiego stawiać inny pomnik? Ale decyzje podejmuje konserwator zabytków i władze miasta - zastrzega.
Kościół powinien być zdystansowany Zdaniem Komorowskiego na obecnej sytuacji za konflikt najwięcej płaci Kościół, korzystają zaś "środowiska ekstremalne" - "fundamentalistycznie prawicowe jak i radykalnie lewicowe i antyklerykalne, tracą natomiast środowiska umiarkowane". Podkreśla, że nie ma żalu do kościoła, za to, że opuścił go w kampanii wyborczej i nie pomaga w sprawie krzyża przed Pałacem ale zastrzega: - Chciałbym widzieć Kościół zdystansowany do całej sceny politycznej. Każdy może mieć własna poglądy polityczne, ale nie powinien ich wyrażać na gruncie instytucji Kościoła i nie powinien zamieniać się w działacza politycznego, czy wręcz agitatora. Tego oczekuję od tych, którzy mają sympatię wobec mnie jak i tych, którzy wyrażali poparcie dla mojego konkurenta.
"Pan Komorowski" lepszy niż "Tusk" Unika ostrych słów wobec Jarosława Kaczyńskiego, który zamiast "prezydent" mówi "pan Komorowski" i sugeruje związki z tragedią smoleńską. - Kładę to na karb rozgoryczenia porażką wyborczą oraz szczególnych uwarunkowań wynikających z bezpośredniego związku z moim poprzednikiem. Minie trochę czasu i ujawni się, co jest grą polityczną, a co skutkiem autentycznych rozterek wewnętrznych i dramatów. Mam nadzieję, że większość tych nastrojów wyparuje, bo są po prostu tak absurdalne, że na dłużej się nie obronią - mówi Komorowski. I dodaje: - Z faktu, że wygrałem, wynikają moje większe obowiązki i nie obrażam się, że ktoś mówi "pan Komorowski". Ja zawsze będę mówił "pan prezes Kaczyński". Zresztą po przegranych przez
PiS wyborach parlamentarnych
Donald Tusk w oczach polityków tej partii nawet nie zasługiwał na słowo "pan". Był po prostu Tuskiem. "Panem premierem" był tylko były premier.
Przyjaciel Palikota - Z Januszem Palikotem przyjaźnię się od lat, kiedy jeszcze nie funkcjonował w polityce. Staram się być wierny zasadzie, że nie zmieniam przyjaźni w zależności od tego czy mi to politycznie pasuje - mówi Komorowski. - Zawsze mówiłem, że nie akceptuję różnych form jego działalności czy wypowiedzi, on czasem moje opinie uwzględnia, ale częściej ich nie uwzględnia. Znoszę to, że osoba, z którą się przyjaźnię czasem mi szkodzi, kierując się dobrym intencjami. Nie zamierzam też czynić wyrzutu moim konkurentom, że ktoś przyjaźni się z Antonim Macierewiczem, czy Jackiem Kurskim.
Komorowski podkreśla, że chciałby aby po jego prezydenturze Polska była "mniej podzielona i mniej skonfliktowana wewnętrznie" i że będzie adresował swoje przesłanie także do ludzi, którzy głosowali na Jarosława Kaczyńskiego: - Chciałbym, aby za parę lat licząca się część tych ludzi mogła powiedzieć, że ich rola w społeczeństwie została przeze mnie dostrzeżona i doceniona. To wielkie wyzwanie, które można podejmować wspólnie z Jarosławem Kaczyńskim albo bez niego - dodaje.
Cały wywiad z prezydentem Komorowskim w papierowym wydaniu tygodnika "Polityka.