Wywiad z b. biskupem polowym, który w niedzielę oświadczył, że "naród oczekuje narodowego pomnika, w godnym miejscu w stolicy"
publikuje dziś "Rzeczpospolita". Arcybiskup krytykuje pomysł jego postawienia na Powązkach. Mówi, że to nieporozumienie, bo wiele miejscowości upamiętnia ofiary katastrofy. Ale w Warszawie "chodzi o postawienie pomnika narodowego, dlatego że tragedia była narodowa". - Od tego nie uciekniemy. Przedłużanie decyzji w tej sprawie prowadzi do frustracji narodu. Jeżeli nie będzie decyzji ze strony najwyższych władz, od prezydenta poczynając, inicjatywa może wymknąć się spod kontroli i będą różne samozwańcze pomysły - przestrzega.
I ocenia, że "nie ma godniejszego miejsca, niż gdzieś na Krakowskim Przedmieściu", bo z tym miejscem przed pałacem "były związane myśli i uczucia pół miliona osób, które fizycznie były tu po katastrofie, a także milionów ludzi złączonych z nimi duchowo" - mówi. Ocenia, że o tym, jak zagospodarować tę przestrzeń, powinni zdecydować architekci i komitet, który powinien być powołany jak najszybciej. A pierwszy ruch powinien wykonać prezydent Bronisław Komorowski.
A forma? Głódź: - Forma niech należy do architektów. Można zastanowić się nad jakimś mauzoleum umieszczonym w ziemi, może być jakiś pomnik w szerszej formie.
Arcybiskup uważa, że "zasłanianie się tabliczką [która zawisła na skrzydle Pałacu Prezydenckiego] jest oszukiwaniem samego siebie". I krytykuje to, że "bardziej niż ofiary upamiętniła ona tych, którzy stali przy krzyżu".
Arcybiskup mówi o pomniku, nie chce jednak przesądzać co powinno stać się z krzyżem i nie potwierdza stanowiska prezydium Episkopatu, że trzeba krzyż przenieść do kościoła św. Anny. - Nie chciałbym wchodzić na nieswoje pole. Znajdzie się jakieś rozwiązanie, ale ktoś musi podjąć klarowną decyzję. Musi być gwarancja, że powstanie pomnik - powtarza.