Zabawną scenkę zaprezentował jeden z młodych kabaretów na jakimś niedawnym przeglądzie: trzech zdecydowanie "wczorajszych" idzie przed siebie z najwyższym trudem. Ciężko skacowani chcieliby do domu. Spotykają nagle przechodnia, pytają go, gdzie właściwie się znaleźli, przechodzień odpowiada im po włosku. Jeden z zagubionych mruczy z odrazą: "Schengen srengen !".
Przypomniało mi się to w związku z sytuacją Romana Polańskiego. Prasa o nim wreszcie trochę zapomniała, natomiast nie zapomnieli Amerykanie. Dobrze życzę Polańskiemu, nie pochwalam grzechów młodości, ale uważam, że karę już odbył, może nawet z nawiązką, i teraz bardzo się o niego boję. Absolutnie nie powinien pić. Po alkoholu ludzie miewają różne dzikie pomysły, ktoś w towarzystwie rzuci: "Jedziemy na lotnisko!", wsiądą do samolotu byle jakiego i nagle obudzą się w Stanach. Mam nadzieję, że Polański zdaje sobie sprawę z ryzyka i nie tylko nie będzie popijał, ale również zrezygnuje z wszelkich podróży lotniczych. Zawsze jest przecież niebezpieczeństwo, że lecąc nawet na trasie bezpiecznej Paryż - Warszawa - Zurych - Paryż, trafi na mgłę i wyląduje z nagła w jakimś kraju, który nie zawaha się zrobić tego, czego nie zrobiła
Szwajcaria.
Może mam wyobraźnię przesadnie rozwiniętą w kierunku rozważań "co by było, gdyby", i to zawsze utrzymanych w tonie pesymistycznym, ale miałem raz w życiu taki strach przed lądowaniem, a było to podczas lotu z Australii do
USA. W 1988 r. po latach paszportowego embarga nagle dostałem paszport i poleciałem do Australii. Stamtąd, już samowolnie, wybrałem się do Stanów. Pamiętam, że podczas lotu (lecieliśmy nad Europą) martwiłem się, czy aby zła pogoda nie zmusi pilota do pozaplanowego lądowania w Warszawie. Wtedy wszystko wzięłoby w łeb, bo - przypomnę - paszporty PRL miały duży stempel "wielokrotny", ale niestety wielokrotność ta miała pewną wadę: dotknięcie kołami samolotu płyty lotniska na terenie socjalistycznej ojczyzny powodowało automatyczną zmianę wielokrotności w jednokrotność. Po prostu - obywatel musiał oddać paszport i jeżeli chciał lecieć jeszcze gdzieś, od nowa musiał występować o pozwolenie. Po tym, co wówczas nagadałem na spotkaniach w Australii, nie mogłem się spodziewać rychłej zgody na wyjazd, szczególnie iż oczywiste było, że do Stanów udaję się również w celach prosolidarnościowo-propagandowych. Moje obawy pewnie były przesadne; władza w 1988 roku, przewidując rozsypkę systemu, już myślała o własnym bezpiecznym lądowaniu i łaska paszportowa pewnie spłynęłaby na mnie znowu i bez specjalnej zwłoki, ale ja wtedy o tym nie wiedziałem i cały czas trwożnie wsłuchiwałem się w komunikaty pilota.
Miło jest czasem uświadomić sobie, ile się zmieniło, co powtarzam nie po raz pierwszy, a pewnie i nie po raz ostatni. Szkoda, że tylko o wizy amerykańskie starać się trzeba niezmiennie. Chyba że się jest Romanem Polańskim albo kimś równie w Stanach pożądanym.