Łakomym kąskiem dla obserwatora cyberkultury były dwie manifestacje zwołane spontanicznie przez internautów. Jedną z nich zwołali uczestniczy serwisu Wykop.pl, bardzo w polskim internecie wpływowego, bo jego idea polega na tym, że internauci sami sobie polecają najciekawsze sieciowe "wykopaliska". Jest to więc próba wcielenia w życie ideału "mediów obywatelskich", w których obywatele obywatelom sami przekazują informacje z pominięciem centralnej rozdzielni, której funkcję od lat pełnią media tradycyjne.
Podwyżka podatku VAT rozzłościła wykopowiczów, wśród których dominują poglądy konserwatywno-liberalne (gdyby wybory prezydenckie odbywały się tylko na Wykopie, bylibyśmy świeżo po wysłuchaniu orędzia Janusza Korwin-Mikkego). Zapowiedzieli protest pod Sejmem. Apel "wykopało" 10 610 użytkowników.
Przyszło... siedem osób. Inni internauci ze śmiechem przesyłali sobie inne "wykopalisko", zdjęcie szóstki melancholijnych młodych ludzi. Sądząc z wieku, pozostających jeszcze na garnuszku mamusi, a więc - jak większość zwolenników Janusza Korwin-Mikkego - słabo świadomych tego, jak działa budżet gospodarstwa domowego, nie mówiąc już o budżecie państwa. Dlaczego szóstki? Bo siódmy, niejaki Danjou, robi zdjęcie.
Demonstracja wykopowiczów dobrze ilustruje to, co wielu z nas czuje przez skórę: ten cały internet jest po prostu przereklamowany. Wielu ludzi zakłada blog lub konto w serwisie społecznościowym z nadzieją, że czyni to z nich "dziennikarzy obywatelskich", demaskujących afery i inicjujących wielkie ruchy polityczne. A tak naprawdę sławę zdobywają tylko ci, których wylansują tradycyjne media. Blogi Janusza Palikota czy Marka Migalskiego są znane, bo ciągle cytują je duże komercyjne portale albo prasa papierowa.
W tym samym czasie blogi takich (byłych) polityków jak Leszek Miller czy Wojciech Wierzejski pozostają bez echa, bo tradycyjne media się nimi nie interesują. Ludzi, którzy uwierzyli w slogan o "mediach obywatelskich" tworzących w internecie jakąś trzecią siłę, przeważnie spotyka rozczarowanie.
W ogłaszaniu petycji i odezw do narodu szczególnie lubują się blogerzy prawicowi. Andrzej Tadeusz Kijowski, niegdysiejszy prawicowy dziennikarz telewizyjny, ogłosił niedawno w swoim blogu apel w obronie szefa CBA Mariusza Kamińskiego. Zebrał 2556 podpisów. Niezrażony tym ogłosił, że każdy z nich reprezentuje tysiąc osób, a więc Kamińskiego chcą bronić "miliony".
Te petycje przeważnie nic nie przynoszą albo przynoszą działania pozorne, jak usunięcie krakowskiej reklamy "Zimnego Lecha" w związku z zakończeniem okresu wynajmu (za swój blogerski sukces uważa to dr Marek Migalski).
Zobaczyliśmy jednak inny apel, który zmaterializował się ogromnym happeningiem wieczorem na Krakowskim Przedmieściu - akcję "Krzyż" zwołaną na Facebooku przez jedną osobę, Dominika Tarasa. 22-latek w ciągu jednego wieczoru stał się liderem tych, którym nie odpowiada przekształcanie knajpianego deptaka w świątynię kultu Lecha Kaczyńskiego.
No dobrze, ale Taras swój niewątpliwy sukces też w dużej mierze zawdzięcza jednak temu, że jego akcję natychmiast dostrzegły i podchwyciły media tradycyjne. Dziennikarze lubią Facebooka, bo polityka zwalczania anonimowości przez administrację tego serwisu choć częściowo eliminuje ataki chamskimi wyzwiskami pod adresem osób znanych tylko z gazety lub ekranu TV.
Zatem: co się dzieje na "fejsie", to przeważnie szybko trafia do "centralnej rozdzielni" - w roli której nadal występują tradycyjne media, decydujące o tym, jakie oddolne akcje nagłaśniają, a jakich nie. Fiasko jednej manifestacji i sukces drugiej pokazują więc, że choć internet rzeczywiście może służyć obywatelskiej oddolnej organizacji - to jednak ciągle karty rozdają media tradycyjne. Kto w internecie umie się dosiąść do ich stolika i grać razem z nimi, ten wygrywa, jak Facebook. Kto próbuje ustawić własny stolik i zacząć nową grę, ten sam się staje internetowym "wykopaliskiem", jak szóstka smutnych młodych ludzi na zdjęciu niewiele weselszego Danjou.
Źródło: Duży Format