Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl
>
Jak to się stało, że pan, profesor medycyny, wybitny immunolog pracujący wiele lat na Zachodzie, dyrektor Instytutu Chorób Płucnych w Warszawie, zarządza pastuchami?- Czasem przyjeżdżają do mnie znajomi i kiedy widzą osobę, która pasie krowy, mówią: pastuch. A mnie to słowo przez gardło nie chce przejść. Ja mówię, że to jest menedżer pastwiska.
Dlaczego? - Bo czasami ci ludzie pasą krowy w trzecim pokoleniu. Pastuch mieszka w namiocie czy domku kempingowym na pastwisku i pilnuje tych 300 krów. Każda krowa kosztowała mnie z 10 tys. złotych. I ten pastuch dzwoni np. do naszej zootechniczki, której krowy podlegają, i mówi: "Pani Ewelino, numer taki a taki nie je". Gdyby on tego nie zauważył i krowa by zdechła, to ja bym stracił 10 tys. Oni mają tę zdolność obserwacji, którą się nabywa latami, rozpoznają po oczach, czy cielakowi coś jest, czy matka dobrze się czuje, wyłapują początki każdej choroby. Słowo pastuch nie oddaje tego, kim są i co robią.
Kiedy przestał pan być lekarzem?- W 1993 roku zrezygnowałem z prowadzenia Instytutu. Mój młodszy brat został wtedy dyrektorem i jest do dziś.
Nie żal panu było medycyny?- Żal, ale z drugiej strony Polska nie jest krajem, gdzie ten zawód wykonuje się z przyjemnością. Warunki są przaśne. Utrzymywanie tego skansenu państwowej służby zdrowia powoduje, że pracownicy są totalnie zdemoralizowani.
Pan też był zdemoralizowany?- Pewnie mniej niż większość. Ja na szczęście dosyć długo pracowałem na Zachodzie i wiem, jak może być i jak powinno być w szpitalu.
Rozumiem, że pacjenci narzekają na służbę zdrowia, ale lekarze na ogół tylko na zarobki.- Zarobki można podwyższyć nawet pięciokrotnie, ale to nic nie zmieni, nie uda się bez zmiany systemu. Niedawno zrobiłem sobie takie całościowe badanie ogólne. Zrobiłem je w prywatnej klinice, bo nie miałem ochoty wystawać w kolejkach w państwowym ośrodku. Zapłaciłem, potraktowano mnie bardzo uprzejmie, w środku elegancko. Zrobiłem badania i okazało się, że trzeba powtórzyć zdjęcie rentgenowskie, bo jest niewyraźne. Więc przychodzę do tego prywatnego zakładu, a pani w recepcji pyta, czy mam zapłacić dodatkowo za nowe zdjęcie, czy to jest w ramach korekty, bo jej się zawiesił komputer i nie może tego sprawdzić. Mówię: niech pani kogoś spyta. A ona na to: niech pan weźmie to zdjęcie i skoczy na trzecie piętro, tam będą wiedzieli.
Ja jej mówię: nie, proszę pani, ja nie jestem od skakania. Gdybym te zdjęcia robił w państwowym zakładzie, być może bym skakał, ale tu nie. Opowiadam tę historię, by pokazać, że nawet w tym luksusowym prywatnym zakładzie, gdzie zarobki nie są małe, to klient, choć płaci, jest traktowany w sposób wyniesiony z państwowej służby zdrowia. Jeszcze nam sporo poza wyrównaniem zarobków brakuje do zachodniego szpitalnictwa.
Na wsi lepiej się żyje niż w mieście?- Ludzie się dzielą na tych, którzy wolą miasto, i tych, którzy wolą wieś. Ja miast dużo już widziałem, teraz mam taki etap w życiu, kiedy lepiej się czuję na wsi.
Wtopił się pan w miejscową ludność?- To jest taka sama społeczność jak w Warszawie, tu i tam można spotkać menela, tu i tam są ludzie, z którymi warto pogadać. Różnica tylko taka, że gdy idę do sklepu na wsi, to wymieniam ukłony ze spotkanymi, bo mnie znają. I ja ich rozpoznaję.
Jak pan tu wylądował, i to w dodatku w Wenecji?- Zanim kupiłem ziemię, to w 1991 roku założyłem firmę farmaceutyczną, czyli właściwie już wtedy stałem się biznesmenem. To była jedna z pierwszych firm farmaceutycznych w Polsce, byliśmy z moim wspólnikiem prekursorami. Zaczynaliśmy od wykonywania zleceń na leki dla innych firm, potem kupiliśmy własny plac, wybudowaliśmy zakład. Robiliśmy 14 leków rejestrowanych przez instytut, nie żadne paraleki. Wtedy też założyłem Polską Izbę Przemysłu Farmaceutycznego, której byłem prezesem. I jako prezes dużo się nauczyłem o mechanizmach, jakie rządzą biznesem i polityką. Zostałem doradcą prezydenta Wałęsy, byłem też konsultantem sejmowym. Cały czas blisko polityki, blisko ludzi, którzy wpływają na rynek farmaceutyczny.