Niby to zwykły thriller, na pozór książka z gatunku po-pularnych, ale napisanie jej wymagało od Marcina Wrońskiego odwagi. Poruszył w niej sporo tematów, które mocno dzielą Polaków. Od lustracji, przez obecność Kościoła w życiu publicznym, po brudne gry polityczne. Aby wytłumaczyć, w czym rzecz, muszę odkryć nieco rąbka powieściowej tajemnicy. Akcja rozgrywa się u schyłku rządów niesławnej koalicji
PiS-u z przystawkami, przede wszystkim w Lublinie i Kazimierzu nad Wisłą. Głównym bohaterem jest tu "pies Pański" - dominikanin ojciec doktor Marek Gliński, ktoś w rodzaju watykańskiego Jamesa Bonda. Bo choć to postać zdecydowanie bardziej skomplikowana niż agent 007, to jednak posturą bardziej przypomina komandosa niż zakonnika, jest bystry i świetnie wyedukowany, ma też słabość do luksusowych rzeczy. I nie jest odporny na kobiece wdzięki.
Po latach nieobecności wraca do Polski, oficjalnie jako wykładowca KUL-u, nieoficjalnie - jako wysłannik tajnego watykańskiego Officium, czegoś w rodzaju kościelnego wywiadu. Jego prawdziwa misja - jak w "Czasie apokalipsy" - "nie istnieje i nigdy nie istniała", a Gliński musi działać maksymalnie dyskretnie. Ma rozwikłać tajemnicę klasztoru z Kazimierza nad Wisłą, prawdopodobnie kryjącego ważne dla Kościoła dokumenty, które nie powinny dostać się w niepowołane ręce, a przy okazji spacyfikować bunt betanek. Ale wyjazd do Polski niezbyt mu leży, bo w latach 80. był agentem bezpieki, właściwie - podwójnym agentem, który dał się zwerbować tylko dlatego, by...lepiej służyć Kościołowi. Działalność w służbach przypłacił załamaniem nerwowym. Jednak rozkaz jest rozkaz, więc bohater trafia do Lublina. Miejscowy dziennikarz śledczy, fan motocykli, wpada na trop przeszłości Glińskiego. Rozpoznaje go kolega z agenturalnej przeszłości, obecnie gliniarz z Puław. Działaniami zakonnika zaczynają się też interesować miejscowi politycy, a przede wszystkim ambitna i gotowa na wszystko działaczka młodzieżówki partii o wymownej nazwie Brona. A do tego ginie zakonnik z Kazimierza, swego rodzaju strażnik tajemnicy zakonu. Zaczyna się skomplikowana gra, w której Gliński jest zarazem ścigającym i ściganym.
Wroński posłużył się łatwo rozpoznawalnymi rozwiązaniami. Z jednej strony nawiązał do opowieści o tajemnicach katolickich archiwów a la Dan Brown, z drugiej - do rodzimych historii o lustracji w Kościele. Ale jednak pisarz z Lublina podszedł do tematu zupełnie inaczej, na rozmaite sposoby przełamując schematy, komplikując portrety bohaterów. W powieści mnóstwo jest ironicznego dystansu. To nie jest kolejna powieść sensacyjna z naciąganą tezą. W literaturze pop opisującej problemy ze współpracą z PRL-owskimi służbami dominuje zwykle czarno-biały schemat, Wroński zaś skupił się na
niuansach, niejednoznacznościach. Gliński nie jest wcale rycerzem bez skazy, były ubek Lesik koniec końców okazuje się, strach powiedzieć, na swój sposób porządny. A rola ludzi Kościoła w całej intrydze okazuje się co naj-mniej dwuznaczna. Jedynie politycy w powieści przedstawieni zostali w sposób dość stereotypowy.
W "Officium Secretum" jest precyzyjnie poprowadzona intryga kryminalna i
krwiste postacie, zarówno pierwszo-, jak i drugoplanowe. To już znamy z poprzednich książek Wrońskiego, szczególnie tych z cyklu o komisarzu Maciejewskim. W nowej powieści autor dodatkowo objawia się jako wnikliwy i dość zgryźliwy komentator naszej rzeczywistości. Coś, co na pewno nie spodoba się fanom ojca Rydzyka.