http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Talibowie zabijają swoich w Afganistanie

Marcin Górka
2010-08-16, ostatnia aktualizacja 2010-08-16 08:12

Afgańscy talibowie próbują zastraszyć rodaków i zniechęcić do współpracy z siłami NATO. We wschodnim regionie Afganistanu, gdzie stacjonują Polacy, aż 90 proc. cywilnych ofiar to dzieło bojowników

SERWISY
Najnowsze dane z regionalnego dowództwa Wschód w Afganistanie, do których dotarła "Gazeta", mówią o 29 zabitych i 13 rannych cywilach w ciągu zaledwie ostatniego tygodnia.

W ostatnią sobotę talibowie odpalili trzy rakiety w stronę bazy Salerno. Żaden żołnierz nie ucierpiał, ale jedna z nich spadła na pobliską wioskę. - Na miejscu zginęły dwie dziewczynki, cztero- i pięcioletnia, a ich matka została ranna - mówi kpt Anthony Clark, dowódca sił obrony tej bazy. - Chwilę potem przyniesiono do nas inną dziewczynkę. Siedmiolatka miała tak poważne obrażenia, że nie udało się jej uratować.

Wcześniej na terenie prowincji Ghazni w jednym tylko ataku zginęło 12 robotników remontujących drogę. Jak podkreśla wojsko, ich śmierć na pewno nie była przypadkowa. Talibowie odpalili drogą radiową ładunek wybuchowy i ostrzelali ich. - Ponieśli śmierć za to, że współpracowali z legalnymi władzami - podkreśla gen. Warren Phipps, zastępca dowódcy amerykańskiej 101. Dywizji Powietrzno-Desantowej.

Podobnych przykładów z ostatnich dni amerykańskie dowództwo Wschód podaje jeszcze kilka. Często ofiarami są dzieci, które znajdują miny-pułapki. W minioną środę tak zginął pasący owce siedmioletni chłopiec.

Dowództwo Wschód twierdzi stanowczo - dziewięć na dziesięć ofiar śmiertelnych wśród cywilów to dzieło talibów i partyzantów dowodzonych przez Dżalaluddina Hakkaniego. - To niebywałe, jak talibowie mogą oznajmiać rodakom, że się o nich troszczą, a jednocześnie ich zabijać - mówi gen. Warren Phipps.

Zdaniem NATO ta nowa taktyka ma odstraszyć ludność od współpracy z wojskiem i legalnymi władzami.

- Talibowie tłumaczą się pokrętnie - mówi mjr Mirosław Ochyra z polskiego Dowództwa Operacyjnego. - Twierdzą, że cywile giną przy okazji ich walk z wojskiem. A muszą walczyć, bo armia jest coraz liczniejsza. Zatem śmierci cywilów winne jest wojsko oraz ci Afgańczycy, którzy z nim współpracują.

Ostatnie tygodnie przyniosły również wzmożone ataki na żołnierzy afgańskiej armii. Według statystyk z ostatnich miesięcy dotyczących prowincji Ghazni, gdzie stacjonują Polacy oraz pięć tzw. kandaków, czyli batalionów Afgańskiej Armii Narodowej ANA (to ok. 4100 wyszkolonych żołnierzy oraz 2100 policjantów), w kwietniu odnotowano ich 12, w maju 26, w czerwcu 20, zaś od 16 lipca do 14 sierpnia aż 25. Mowa o ostrzelaniu afgańskich baz rakietami, atakowaniu patroli i zamachach samobójczych.

- Afgańskiego wojska jest coraz więcej i jest już przyzwoicie wyszkolone, zdecydowanie sprawniejsze od policji - mówi mjr Ochyra. - Talibowie zaczęli odczuwać realne zagrożenie właśnie z tej strony, stąd wzrost liczby ataków; wcześniej skupiali się głównie na siłach NATO.

Nie oszczędzają też cywilów, bo to z nich w końcu rekrutują się żołnierze. Chodzi o zastraszanie rodzin, by nie wysyłały mężczyzn do wojska.

Talibowie porywają także afgańskich żołnierzy i policjantów. Przetrzymują ich tygodniami, potem zabijają albo wypuszczają, by ich przykład był nauczką dla rodaków i zniechęcał do współpracy z rządem. W ciągu ostatnich tygodni tylko na terenie prowincji Ghazni zdarzyło się kilka takich porwań (raz uprowadzonych odbito).

Tymczasem dowództwo NATO jak ognia boi się ofiar cywilnych na skutek swoich działań. - Dowódca NATO w Afganistanie generał David Petraeus coraz bardziej podkręca śrubę, by wyeliminować możliwość przypadkowego ostrzelania cywilów - mówi nam oficer, który przed kilkoma dniami wrócił z dowództwa NATO w Kabulu. - A te ograniczenia są już naprawdę bardzo surowe. Na przykład żeby przeprowadzić bombardowanie, informację potwierdzającą zagrożenie należy uzyskać z wielu źródeł. Ostatecznej decyzji nie może podjąć pilot samolotu czy śmigłowca - rozkaz ma wydać dowódca regionu. On również bierze też na siebie odpowiedzialność za przebieg ataku.

- Te zasady bardzo się zmieniły od 2007 r., kiedy po raz pierwszy pracowałem w międzynarodowym dowództwie ISAF. Teraz jest ono bardzo czułe jeśli chodzi o unikanie ofiar wśród cywilów - wyjaśnia nasz rozmówca. - I bardzo dobrze.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 5 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    8 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':