http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Ameryko, nie odchodź!

Mariusz Zawadzki
2010-08-13, ostatnia aktualizacja 2010-08-12 16:59

Iracki żołnierz na miejscu samobójczego zamachu bombowego, 18 lipca 2010 r.
Iracki żołnierz na miejscu samobójczego zamachu bombowego, 18 lipca 2010 r.
Fot. KHALID MOHAMMED AP

Iraccy wojskowi i politycy boją się, że Amerykanie za wcześnie wychodzą z Iraku. Tym bardziej że ich zdaniem lipiec był najkrwawszym miesiącem od dwóch lat. Waszyngton zapewnia, że operacja wycofywania wojsk idzie zgodnie z planem.

ZOBACZ TAKŻE
SERWISY
SONDAŻ
Kiedy Amerykanie powinni opuścić Irak?

Zgodnie z planem - w 2011
Powinni zostać do 2020
Nie interesuje mnie to

Wycofywanie idzie sprawnie, ale tylko dlatego, że Amerykanie tu jeszcze są - mówił wczoraj generał Babaker Zebari, szef sztabu irackiej armii. - Problemy zaczną się po 2011 roku, kiedy ich już nie będzie... Nasi politycy będą musieli znaleźć jakiś sposób, żeby wypełnić próżnię. Gdyby ktoś pytał mnie o zdanie, powiedziałbym: Amerykanie muszą zostać do 2020 r., bo dopiero wtedy nasza armia będzie gotowa do przejęcia kontroli nad krajem.

Generał zwołał konferencję prasową po środowym zamachu na irackich żołnierzy, którzy zostali zwabieni do nafaszerowanego dynamitem budynku na przedmieściach Bagdadu. Ale podobne głosy słychać z Iraku już od miesięcy. Co gorsza, wbrew słowom generała Zebariego "problemy" pojawiają się już teraz, a na polityków zupełnie nie ma co liczyć.

Rząd w Bagdadzie podał niedawno, że w lipcu zginęło 535 Irakijczyków, co oznacza, że był to najkrwawszy miesiąc od dwóch lat. Tymczasem politycy wciąż spierają się o to, kto będzie rządził, choć od wyborów parlamentarnych minęło już pięć miesięcy. Partie dwóch premierów - obecnego Nuriego Malikiego i byłego Ijada Alawiego - uzyskały identyczny rezultat i żadna nie chce ustąpić.

Tymczasem Amerykanie w oficjalnych oświadczeniach zapewniają, że wszystko jest w porządku. Podważają statystyki irackiego rządu i twierdzą, że w lipcu zginęły tam tylko 222 osoby. Przypominają, że trzy-cztery lata temu zabitych w zamachach było co miesiąc kilkanaście razy więcej. - Prezydent Barack Obama jest zadowolony z postępów w Iraku - ogłosił kilka dni temu rzecznik Białego Domu.

Niezależne strony internetowe, które zliczają ofiary na podstawie informacji z gazet, telewizji, szpitali, oświadczeń wojskowych, policji i administracji, potwierdzają rachuby irackie, a nie amerykańskie. Liczba ofiar wśród lokalnej ludności w "spokojnym" Iraku jest wciąż wyższa niż w "niespokojnym" Afganistanie (w całym 2009 roku zginęło 2,4 tys. obywateli tego kraju). W Afganistanie znacznie wyższe są za to straty zachodnich żołnierzy, bo w Iraku praktycznie nie prowadzą już oni działań bojowych.

W obliczu pogarszającej się sytuacji w Afganistanie prezydent Obama potrzebuje sukcesu, tym bardziej że sam w zeszłym roku zdecydował o wysłaniu tam tysięcy nowych żołnierzy. Takim sukcesem może być obecnie tylko sprawne wyjście z Iraku. We wrześniu ma tam już nie być jednostek ściśle bojowych, zostanie tylko 50 tys. żołnierzy USA, którzy jeszcze do końca 2011 r. będą szkolić iracką armię i pilnować demontażu baz.

- Irak jeszcze przez jakiś czas nie będzie krajem w 100 proc. stabilnym, ale nasi żołnierze w uzyskaniu tej stabilności nie pomogą - wyjaśnia kongresman Adam Smith, demokrata z komitetu ds. sił zbrojnych USA.

- Wycofanie Amerykanów to fatalny sygnał dla irackich polityków i zachęcający dla rebeliantów. Armia jest ciągle bardzo słaba, a rebelianci odzyskują pole - oponuje Faleh Abdul-Jabbar, dyrektor bagdadzkiego Instytutu Studiów Strategicznych.

Oficjalne stanowisko rządu w Bagdadzie jest wciąż takie, że 31 grudnia 2011 roku nie będzie już w kraju żadnego żołnierza USA. Ale coraz więcej irackich polityków, którzy jeszcze kilka lat temu gwałtownie domagali się "zakończenia okupacji", boi się odejścia Amerykanów. Dotyczy to szczególnie tych, którzy wchodzą do rządu, i na własne oczy przekonują się, jak słabe i kruche jest państwo, którym zarządzają.

Nawet Tarik Aziz, minister spraw zagranicznych z czasów dyktatury Saddama Husajna, przepytywany w bagdadzkim więzieniu przez dziennikarzy "Guardiana", ocenił, że żołnierze USA wychodzą za wcześnie (choć zarazem twierdził, że w ogóle nie powinni tam wchodzić). Porównuje ich do Brytyjczyków, którzy po I wojnie światowej wykreślili Irak na mapie jako swój protektorat. Jednak potem - kiedy zabrakło pieniędzy, a sytuacja na miejscu zaczęła się komplikować - opuścili kraj. Nowe, nieprzygotowane do życia państwo przez dziesięciolecia przeżywało rewolucje, rebelie i rządy kolejnych dyktatorów.

- Kiedy Obama zostawał prezydentem USA, byłem dobrej myśli - mówi Aziz. - Ale teraz widzę, że to hipokryta, który zostawia Irak na pastwę wściekłych wilków, czyli międzynarodowych terrorystów i sprzymierzonych z nim prominentów obalonego reżimu. Przecież codziennie giną u nas dziesiątki ludzi! My, Irakijczycy, jesteśmy ofiarami Amerykanów i Brytyjczyków. Zniszczyli nasz kraj, a teraz wychodząc, skazują go na śmierć. A przecież to oni popełnili błąd i wypadałoby, żeby go naprawili...

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 3 komentarze
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    3 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':