Dziś Komitet Stały Rady Ministrów ma się zająć emerytalnymi propozycjami minister pracy Jolanty Fedak. Jednak wieczorem Ministerstwo Pracy nieoczekiwanie poprosiło o przesunięcie dyskusji, bo minister Fedak jest do końca sierpnia na urlopie, a chciałaby "osobiście w niej uczestniczyć". Ale nie ma pewności, czy prośba resortu zostanie spełniona.
- Uznaję za konieczne analizę uwag zgłoszonych przez Pana Michała Boniego (...) - czytamy w piśmie Ministerstw Pracy.
Czytaj pismo Ministerstwa Pracy do sekretarza Komitetu Rady Ministrów Jolanda Fedak chce obniżenia składki idącej do otwartych funduszy emerytalnych z 7,3 do 3 proc. naszych pensji. Reszta (4,3 proc.) miałaby zostać w
ZUS. Mało tego, ostatni pomysł minister Fedak przewiduje całkowite wstrzymanie przekazywania pieniędzy do OFE na dwa lata.
Zrobiły tak inne kraje. Łotwa na dwa lata zmniejszyła składkę z 10 do 2 proc., Litwa z 5,5 do 3 proc., a Estonia zawiesiła ją całkowicie. Te państwa były jednak w diametralnie różnej sytuacji - kryzys wepchnął ich gospodarki w kilkunastoprocentową recesję, musiały na gwałt szukać pieniędzy, by móc wypłacać emerytury na bieżąco. Dlatego sięgnęły po pieniądze odkładane przez przyszłych emerytów.
Tymczasem nasz rząd wciąż podkreśla, że u nas katastrofy nie ma. Byliśmy zieloną wyspą w Europie, a w przyszłym roku wzrost
PKB ma przyspieszyć do 3,5 proc.
Oprócz tego minister pracy proponuje, żeby ten, kto chce, mógł z OFE wystąpić i przekazać oszczędności do ZUS. A ten, kto w OFE zostanie, po przejściu na emeryturę mógłby wypłacić wszystkie odłożone pieniądze i wydać, na co zechce.
Za zmianami są kluczowe resorty -
Ministerstwo Gospodarki pod kierownictwem szefa PSL Waldemara Pawlaka i
Ministerstwo Finansów. Dla Jacka Rostowskiego pieniądze zatrzymane w ZUS to manna z nieba. Budżet będzie mógł przekazać na wypłatę emerytur przynajmniej o kilka miliardów złotych rocznie mniej. Ministrowi łatwiej więc będzie uniknąć katastrofy finansów publicznych, gdzie mamy dziurę na 80 mld zł, a
dług publiczny ociera się o próg 55 proc. PKB.
Pomysły Fedak krytykują twórca reformy emerytalnej prof. Marek Góra, ekonomiści (m.in. były wiceprezes NBP prof. Krzysztof Rybiński, prof. Witold Orłowski), pracodawcy z Lewiatana i BCC, a także związkowcy z "Solidarności". Komisja Nadzoru Finansowego ostrzega, że to "decyzje podporządkowane bieżącym i krótkookresowym celom politycznym". NBP w swoim stanowisku zarzucił Ministerstwu Pracy, że te propozycje przyczynią się do utraty zaufania do systemu emerytalnego.
Premier Donald Tusk w ostatnim wystąpieniu przed Sejmem z lekceważeniem wypowiadał się o "pseudoekspertyzach" ekonomistów zewnętrznych. Ale tym razem krytyka zamierzeń minister pracy ma we własnym gabinecie. Szef doradców premiera Michał Boni nie zostawia na projekcie Fedak suchej nitki i zapowiada: wóz albo przewóz. Albo kończymy reformę emerytalną, albo ją likwidujemy.
"Gazeta" dotarła do stanowiska ministra, z którym pojawi się on na dzisiejszym posiedzeniu KSRM. Szef doradców uważa, że rząd powinien wyrzucić propozycje Fedak do śmieci. Bo takie zmiany zaowocowałyby niższymi emeryturami w przyszłości (długofalowo OFE lepiej lokują nasze pieniądze, niż waloryzuje je ZUS), zmniejszyłoby się bezpieczeństwo systemu emerytalnego, a problem długu publicznego byłby rozwiązany tylko na chwilę, bo pieniądze należne emerytom trzeba będzie w końcu wypłacić.
W zamian Boni proponuje, by w ramach każdego OFE powstały trzy różnie inwestujące fundusze. Pierwszy taki jak dziś. Drugi dla młodych ludzi, który mógłby inwestować bardziej ryzykownie w akcje. Trzeci - dla starszych, bardziej bezpieczny, kupujący głównie obligacje. Dzięki temu pieniądze młodych byłyby lepiej pomnażane, a starszych - lepiej chronione.
Zmiany w systemie emerytalnym to flagowy projekt minister Jolanty Fedak. Nie będzie ona jednak uczestniczyć w obradach Komitetu, gdyż jest na urlopie. Zastąpi ją wiceminister Marek Bucior.