W poszukiwaniu zdjęć, które dokumentowałyby, jak wyglądało lotnisko w dniu katastrofy, pomagała
ABW. Już 10 kwietnia, zaraz po wypadku prezydenckiego tupolewa, zebrało się Centrum Antyterrorystyczne Agencji (CAT). Na spotkaniu oprócz funkcjonariuszy służb specjalnych byli oficerowie z dowództwa sił powietrznych,
MON i członkowie rządu.
- To była sytuacja, w której trzeba było wziąć pod uwagę możliwość zamachu terrorystycznego. Napięcie opadło po kilkunastu godzinach, kiedy mogliśmy już wykluczyć, że do czegoś takiego doszło - mówi funkcjonariusz CAT.
Analitycy CAT zaczęli zbierać informacje, czy nad lotniskiem w Smoleńsku znajdował się w dniu katastrofy satelita robiący zdjęcia powierzchni ziemi. - Przekazaliśmy prokuraturze wykaz firm i instytucji, które dysponują takimi urządzeniami - twierdzi nasz rozmówca. W części z nich ABW sprawdzała, czy mają zdjęcia ze Smoleńska, do innych prokuratura sama wystąpiła z pytaniami.
Co uzyskano? - Mamy fotografie satelitarne z 5 i 12 kwietnia. Z dnia katastrofy nie - mówi "Gazecie" płk Zbigniew Rzepa, rzecznik Wojskowej Prokuratury Okręgowej w Warszawie.
Zdjęcia satelitarne byłyby ważnym dowodem pozwalającym zweryfikować, jakie warunki panowały na lotnisku przed katastrofą i po niej - czy była mgła i jaka była widoczność.
Według prof. Stanisława Białousza z Wydziału Geodezji i Kartografii Politechniki Warszawskiej jest bardzo prawdopodobne, że nad lotniskiem w Smoleńsku mógł w dniu katastrofy znajdować się któryś z licznych komercyjnych lub państwowych satelitów wykonujących zdjęcia. - Tyle tylko, że jeżeli są gęste chmury i mgła, system w satelitach automatycznie eliminuje rejestrację - tłumaczy prof. Białousz.
Prowadzący śledztwo mają z dnia katastrofy tylko fotografie zrobione przez znacznie mniej dokładne satelity meteorologiczne.