http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Studia szeroko otwarte

Natalia Mazur, qtk, Poznań
2010-08-12, ostatnia aktualizacja 2010-08-12 08:20

Indeksy
Indeksy
Fot. Jacek Babiel / Agencja Gazeta

Choć liczba maturzystów spada, wiele uczelni przygotowało dla nich więcej miejsc niż rok wcześniej. I robią co mogą, żeby przyciągnąć do siebie studentów na pierwszy rok

Inauguracja roku akademickiego 2009/2010 na Uniwersytecie Warszawskim
Fot. Robert Kowalewski / Agencja Gazeta
Inauguracja roku akademickiego 2009/2010 na Uniwersytecie Warszawskim
Autorzy najnowszej strategii zamówionej przez Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego prognozują, że "liczba studentów w Polsce będzie nieprzerwanie maleć, w 2025 r. osiągnie 55 proc. stanu z 2005 roku.". Powód? Przede wszystkim niż demograficzny. Już w tym roku w całej Polsce maturzystów było o 40 tys. mniej niż jeszcze 12 miesięcy wcześniej.

Co na to uczelnie? Walczą o każdego potencjalnego studenta. Nic dziwnego - wysokość dotacji z budżetu państwa zależy m.in. od ich liczby na uczelni. Ścigają się więc zarówno szkoły publiczne, jak i niepubliczne. Wymyślają różne sposoby, żeby przyciągnąć maturzystów.

Wykupują reklamy w gazetach czy na billboardach (można przeczytać np., że uczelnia pozwala studiować dwa kierunki w cenie jednego). Organizują promocje: "Zarejestruj się do 10 sierpnia, a zapłacisz 0 zł wpisowego". Poznańska Wyższa Szkoła Bezpieczeństwa organizuje konkurs SMS-owy, w którym do wygrania jest bon na studia o wartości 300 zł (codziennie pierwsza prawidłowa odpowiedź wygrywa). Niektóre gotowe są nawet zrzec się czesnego.

- WOS poszedł mi kiepsko na maturze, ale rozszerzoną maturę z polskiego i angielskiego zdałem powyżej średniej krajowej. Dzięki temu zaproponowano mi studia za darmo w poznańskiej Wyższej Szkole Nauk Humanistycznych i Dziennikarstwa - mówi Filip Piętka, tegoroczny maturzysta. Z oferty nie skorzystał, bo przyjął go Uniwersytet im. Adama Mickiewicza na politologię (ale dopiero z tzw. listy rezerwowej).

Okazuje się, że wiele uczelni publicznych, choć maturzystów coraz mniej, nie zmniejsza naboru. Przeciwnie - szykują więcej miejsc nastawiając się także na słabszych uczniów.

Na Uniwersytecie Jagiellońskim liczba miejsc na bezpłatnych studiach stacjonarnych wzrosła w tym roku o 30 proc. (to ponad 2 tys. indeksów), a na Uniwersytecie Gdańskim - o 7 proc. (637 miejsc). Politechnika Poznańska przyjmie od października o 300 studentów więcej niż rok temu i o 700 więcej niż dwa lata temu. Na Uniwersytecie Warszawskim nowych indeksów będzie wprawdzie mniej o 262, ale to wynika głównie z tego, że niektóre kierunki nie prowadzą rekrutacji co rok.

Chętnych na nowe miejsca być może znajdą - jeśli nie w pierwszym, to w tzw. drugim, sierpniowym naborze. Aby dać szansę słabszym maturzystom, organizują zajęcia wyrównawcze.

Hania Woźniak będzie studiować na UAM administrację. - Gdyby mnie nie przyjęli, mogłam jeszcze wybierać między pedagogiką specjalną na UAM i polityką społeczną na Uniwersytecie Ekonomicznym. Wielu moich znajomych dostało się na wszystkie kierunki, na które złożyło dokumenty - dwa, trzy, cztery. Lecz nikt nie pobił rekordu mojej kuzynki, która rok temu dostała się w Gdańsku na prawo, administrację, zarządzanie, europeistykę i filologię polską - wylicza Hania.

Autorzy ministerialnej strategii zakładali, że zmniejszająca się liczba młodych ludzi pozwoli przede wszystkim - przy zbliżonych nakładach z budżetu państwa - podnieść jakość studiów. Ale resort nie zmartwi się, jeśli przełoży się to na upowszechnienie studiów, nawet kosztem średniego poziomu.

- 40 proc. mieszkańców Europy Zachodniej ma wyższe wykształcenie. Nie powinniśmy być gorsi, nawet jeśli nie wszyscy studenci osiągają poziom naukowców prowadzących zaawansowane badania - mówi wiceminister nauki Zbigniew Marciniak. - Póki młodzi ludzie chcą się uczyć, trzeba wykorzystać tę tendencję i stwarzać im szansę. W przyszłości trend może się odwrócić. Już dziś brakuje posadzkarzy, tynkarzy - ich pensje rosną. Z czasem młodzi ludzie zorientują się, że to intratne i potrzebne zajęcia. I zamiast zdawać na studia, wybiorą szkolenie zawodowe. Ale będzie to ich świadomy wybór - dodaje Marciniak.

- Od lat badamy losy absolwentów i dzięki temu wiemy, jak radzą sobie zawodowo z konkretnym wykształceniem. Tak, zwiększamy liczbę miejsc i otwieramy nowe kierunki, ale zgodnie z zapotrzebowaniami rynku pracy - mówi Katarzyna Pilitowska, rzeczniczka UJ.

Jednak według niektórych wykładowców może się to odbić na poziomie studentów. - Wielu młodych ludzi idzie na studia tylko po to, by zdobyć dyplom. Ten dokument znaczy coraz mniej, bo poświęcają się wielu sprawom poza nauką. Uczą się języków, podejmują pracę i nie mają czasu na naukę - twierdzi prof. Włodzimierz Grajek, biotechnolog z Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu.

Prof. Zbigniew Pilarczyk, prorektor UAM do spraw studenckich: - Niedawno egzaminowałem studenta. Pod koniec pytam: ma pan telefon? Zdziwiony. Chodziło mi o to, że odpowiadał na pytania, jakby wysyłał SMS-y. Studenci mają problem nie tylko z wypowiadaniem się, lecz także z notowaniem, bo podczas wykładów trudno im wyselekcjonować to, co najważniejsze.

Socjolog prof. Ryszard Cichocki zauważa, że dla dzisiejszych dwudziestolatków wyższe wykształcenie znaczy tyle samo, co średnie dla ich rodziców. - Idziemy w tym samym kierunku co Europa Zachodnia. Uczestniczyłem kiedyś w kursie niemieckiego z grupą studentów z Włoch. Ich poziom był bardzo kiepski, choć byli na piątym roku germanistyki! Umasowienie szkolnictwa wyższego samo w sobie nie jest niczym złym. Jeżeli jednak nad nim nie zapanujemy, na uczelniach zapanuje marazm.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 5 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    6 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':