Kto to mówił? Premier
Donald Tusk, który od lat powtarza, jak ważna jest dla niego aktywizacja osób w wieku 50 plus.
Rząd w tym celu wymyślił program "Solidarność Pokoleń". Pozwalał on starszym Polakom m.in. łączyć emeryturę z pensją bez zwalniania się z pracy.
Teraz to uprawnienie chce pracującym emerytom zabrać. Trudno to pojąć. Rząd dotąd alergicznie reagował na każdą wzmiankę o podwyższeniu wieku emerytalnego Polaków. Zapewniał, że i bez tego sprawi, że Polacy będą pracować dłużej. Jak? Przez likwidację przywilejów emerytalnych i właśnie pozwolenie na łączenie pracy z emeryturą.
Teraz resort pracy tłumaczy, że w kryzysie emeryci nie mogą zabierać miejsc pracy innym. Powinni więc wybrać: etat albo emerytura. Tyle że nie zawsze zwolnienie emeryta oznacza więcej pracy dla młodych. Szef może uznać, że nie potrzeba mu więcej ludzi. A obowiązki zwolnionego zajmą pozostali zatrudnieni. Poza tym młody absolwent nie od razu zajmie stanowisko przeznaczone dla doświadczonego pracownika.
Rząd uspokaja, że przecież pracownik po przejściu na emeryturę, będzie mógł się ponownie zatrudnić, nawet w tym samym miejscu. Ale jaką będzie miał gwarancję, że pracodawca go ponownie przyjmie? I na dodatek na tych samych, a nie gorszych warunkach? Czy jest pan, panie premierze, pewien, że to zachęci emeryta do dłuższej pracy?
Pan, panie premierze, pracę ma, choć skończył pan 53 lata. W Polsce wśród osób po pięćdziesiątce to jednak rzadkość. W Szwecji, Wielkiej Brytanii czy Danii pracuje 50-70 proc. osób w wieku przedemerytalnym. W Polsce 32 proc. Mniej w Unii ma tylko
Malta.