1
- O tym krzyżu dowiedziałem się z telewizji. I wtedy usłyszałem w głowie głos: Jedź pod ten krzyż. Módl się pod nim. Broń go - mówi Norbert i uśmiecha się jak dziecko. Jakby chciał powiedzieć: wiem, że myślisz, że jestem wariatem, ale tak to właśnie jest. Po prostu.
Norbert ma 28 lat, na życie zarabia, robiąc ocieplenia, i pod krzyż przyjechał z miejscowości oddalonej o 550 km od Warszawy. Nie chce powiedzieć jakiej.
- Ja się mogę modlić wszędzie, gdzie jest krzyż. W moim miasteczku, w kościele za rogiem. Mnie jest wszystko jedno, ale tu skierował mnie Bóg. Ja tak wierzę.
Mam córeczkę. Dwuipółletnią. Ona jest chora. Nie wiadomo, czy będzie chodzić. Ja to tutaj w ofierze jestem, bo może ta moja córeczka wyzdrowieje.
- A czym dla pana jest krzyż?
- Nadzieją. W ogóle wszystkim, co najlepsze i najważniejsze. Kiedyś szalałem, ale dorosłem. Myślę, że dziadek, gdyby widział, że tutaj jestem, byłby ze mnie dumny.
2
- Miesiąc po tym, gdy zobaczyłam krzyż w telewizji, przyjechałam zobaczyć, jak wygląda. Przyjechałam po obiedzie i zobaczyłam karygodne zachowanie Polaków. To znaczy kopanie krzesełek i wyzywanie starszych pań od moherowych bab, kółka gospodyń wiejskich, starych dewotek, oszołomów. Teraz, zwłaszcza wieczorami, to się nasiliło.
Zabolało mnie, że osoby starsze są wyzywane przez młodych. A zabolało mnie dlatego, że mam w sercu uczucia, które mi nie pozwalają przejść obok, gdy komuś się dzieje krzywda. Zostałam, żeby bronić ich i krzyża. Tego symbolu bólu, który po tragedii smoleńskiej połączył Polaków - opowiada Katarzyna, 28 lat, mieszkanka Warszawy, absolwentka zawodówki. Jakiej, nie powie. Nie powie też, jak zarabia na życie. I czy ma rodzinę. A nie powie, bo się boi.
Naprawdę!
Gdy siedzieliśmy na skwerze przy hotelu Bristol, nagle z niepokojem stwierdziła, że jakiś mężczyzna jej się przypatruje, i chciała wiać. A potem tym swoim strachem podzieliła się z innymi pilnującymi krzyża.
- Kiedyś o tym, co tu przeżyłam, opowiem swojemu dziecku. I to będzie najwspanialsza opowieść, jaką będę dla niego miała.
- Kiedy pani wróci do domu?
- Jak dostaniemy pismo opatrzone pieczęcią odpowiednich władz. I będzie w nim napisane konkretnie, gdzie przeniosą krzyż, jak upamiętnią tragedię i kiedy to się stanie. To znaczy nie za rok, za dwa, ale konkretnie: dzień, miesiąc, rok. I jaki to będzie pomnik. Konkretnie. Czy on będzie widoczny w pogodę i w niepogodę, w zimę i na wiosnę, w nocy i w dzień.
- A czym dla pani jest krzyż?
- Symbolem wiary, prawdy, miłości i dobra. Wiary, bo wierzę, że coś się w Polsce zmieni. Że skończą się wojny polityczne.
Prawdy, bo jestem przekonana, że z czasem wyjdzie prawdziwa przyczyna tragedii smoleńskiej. To znaczy, że nie był to wypadek. Bo nie był. Od początku to wiedziałam.
Miłości, bo dzięki krzyżowi nie czuję się sama na świecie. Nawet pan sobie nie wyobraża, ile miłości jest pod tym krzyżem. Ludzie przychodzą, przynoszą nam swetry, koce, jedzenie, dobre słowo. Każdy coś przynosi.
Dobra, bo ludzie są generalnie dobrzy.
- Pani jest wierząca?
- Chcę być.
Mam chrzest, komunię, bierzmowanie, ale był czas, że odwróciłam się od Boga. A to dlatego, że bliskie i dobre dla mnie osoby umierały, Bóg mi je zabierał, a pozostawiał tylko lumpy.
3
- W 1998 roku, mój syn miał wtedy dziewięć lat, zostałem skazany na rok w zawieszeniu za rzekome znęcanie się nad żoną - Dariusz, 45 lat, z Biskupca koło Olsztyna, zaczyna swoją opowieść.
- Od tamtego momentu zaczęła się gehenna i zbrodnia na mnie i na moim dziecku. Głównie na dziecku.
W 2001 roku zostałem ponownie oskarżony o znęcanie się nad żoną. I zamknięty. Na rok i dwa miesiące. W tym czasie syn wielokrotnie uciekał od matki.
Wyszedłem 11 czerwca 2002.
Po tygodniu zostałem nakazem sądowym skierowany na sześciotygodniową obserwację psychiatryczną. Wzięli mnie siłą. Przy dziecku.
Dwa miesiące po wyjściu odbyła się sprawa rozwodowa. Odzyskałem prawa rodzicielskie, a sąd nakazał żonie płacenie mi alimentów na opiekę nad dzieckiem.
Pięć lat później straciłem syna. Powiesił się. W liście pożegnalnym napisał: matka nie ma prawa przyjść na mój pogrzeb.
Cztery dni po tragedii, dosłownie z pogrzebu, chcieli mnie wziąć do aresztu. Dlatego że rzekomo wykopałem kałasza i groziłem żonie śmiercią.
Wszystko przez nich straciłem. Syna, szczęście, firmę.
- Przez kogo?
- Przez mafię w togach.
To właśnie pan Dariusz na barierkach otaczających krzyż zamontował plakat "Sędziowie i prokuratorzy Rzeczpospolitej Polskiej zbrodniarzami Narodu Polskiego. Katyń trwa!".
- Ten plakat w moim umyśle powstał na tydzień przed katastrofą smoleńską. Naprawdę! Miał być po polsku i po angielsku. Żeby pokazać szerzej, co się u nas dzieje.
A potem dowiedziałem się o tym krzyżu i pomyślałem sobie: idź tam, bo oni walczą o to samo co ty. O nadzieję, wiarę, jedność narodową.
Wtedy zamówiłem drugi plakat, wisi tam obok, widzi pan? Umieściłem na nim zdjęcia osób poległych w katastrofie smoleńskiej i dwa pytania: czy Bóg tak chciał? czy zdrajcy i NKWD są tak silni? I odpowiedziałem sobie: tak i tak. Katyń trwa!
- A czym dla pana jest krzyż?
- Symbolem męki, wiary i jedności narodu polskiego.
Męki, bo tym jest dla mnie życie.
Wiary, bo walcząc o to, by nasz system prawny nie dawał możliwości bezkarności tym, co są bogaci i mają układy, wierzę, że tak się stanie.
Jedności narodu polskiego, bo jak będziemy razem, to ten świat zmienimy.
4- Najpierw obejrzałem film "Solidarni 2010", potem poszedłem pod krzyż. Zobaczyłem, że stoją pod nim młodzi, tacy, co to nie mogą być ani z UB, ani z NKWD, więc się przyłączyłem. Żeby posolić rany PO - mówi mężczyzna, który przedstawia się jako Włodzimierz Kaczanów.
Mówi, że ma 65 lat, dwie córki.
Miał żonę. Rozwiódł się w 1993 roku.
Mówi też, że z wykształcenia jest doktorem filozofii i historii, a oba tytuły zdobył na uniwersytecie w Moskwie.
Był też ponoć właścicielem hokejowej sekcji Zagłębia Sosnowiec.
W 1990 roku, jak podkreśla, po Magdalence, wyjechał na
Białoruś, gdzie z sukcesem prowadził firmę Analiz Plus.
- 23 marca 2008 roku zostałem wydalony z Białorusi. Rzekomo za przekręty, faktycznie dlatego, że zbyt dobrze mi się wiodło - mówi i wyciąga paszport.
- Jak pan widzi, jestem przygotowany - kartkuje. - Moje zdjęcie?
- Pana.
- Po rosyjsku czytać umie?
- Trochę.
Podsuwa mi kartkę ze stemplem. Odcyfrowuję bukwy i czytam coś, co wygląda jak słowo "deportacja".
Patrzy triumfalnie.
A potem mówi, że obecnie mieszka w Warszawie. W wynajętym mieszkaniu. Na Mokotowie.
- Z czego żyję? Ze sprzedaży.
- A co pan sprzedaje?
- Dociekliwy pan. A choćby sznurówki.
- I starcza panu na wynajęcie mieszkania na Mokotowie?
- Mam też pieniądze z Białorusi, ale tym się nie chwalę. Nie chcę podatku płacić - uśmiecha się szelmowsko.
- No to wróćmy do tego, jak się pan pod tym krzyżem znalazł.
- Już mówiłem, przyszedłem popracować nad tym, by ludzie z PO nie byli tak zadufani w sobie.
- A czym dla pana jest krzyż?
- Symbolem wiary, zwycięstwa i nadziei. Wiary, bo wierzę w to, że dzięki nam ludzie zobaczą, że jest ktoś, kto nie boi się władzy. Zwycięstwa, bo może rządząca elita, obojętnie z jakiej formacji, odkryje, że obok nich istnieje siła, która ich wybiera, ale może też zmieść.
Nadziei, że kiedyś to dotrze i doprowadzi do lepszego jutra.
5- Od kilku tygodni przyjeżdżałem pod krzyż, robiłem zdjęcia, chciałem zobaczyć, jak ludzie to przeżywają. Byłem ciekawy jako człowiek i jako Polak. A potem zapragnąłem zobaczyć to jeszcze bliżej. I tak zostałem.
Nie, nie z ciekawości. Po prostu jak słuchałem tych ludzi, którzy są oczerniani, opluwani, a tak się poświęcają, żeby w Polsce było lepiej, to zapragnąłem nie tylko ich bronić, ale się też przyłączyć.
Już 12 dni tu jestem, z czego siedem bez przerwy. I też jestem oczerniany. Napisano na przykład, że jestem fanatykiem, albo że jestem z
PiS-u. Nie jestem z PiS-u. Dla mnie ważna jest Polska, nie jakaś partia. A jak do tej pory wszystkie, powtarzam, wszystkie rządy ją okradały - mówi Dariusz, 47 lat, technik hotelarz z Ciechanowa.
Po szkole, mieszkał wtedy w Olsztynie, przez chwilę pracował w recepcji hotelu Kormoran. W 1984 roku, jak opowiada, emigrował do Niemiec.
- Byłem w "Solidarności", nic specjalnego, zwyczajny, szeregowy członek, gdy nagle dowiedziałem się od znajomych, że
SB się mną interesuje.
W Niemczech pracował w restauracjach, przy remontach, a po pracy, oczywiście, tak mówi, udzielał się politycznie. Na przykład w ten sposób, że wydawał "Biuletyn Informacyjny".
Był też w Belgii, w Holandii, gdzie politykował i sadził tulipany.
Do Polski wrócił w 1990 roku. Założył firmę turystyczno-gastronomiczną. Sprowadzał turystów z Europy Zachodniej. Żeby reklamować Polskę.
- W końcu postanowiłem wrócić do dziennikarstwa. Robię nagrania ze znanymi ludźmi, wysyłam je do polonijnych stacji radiowych w Chicago i Teksasie. Rozmawiałem m.in. z Wassermannem, Olewnikiem, Wenderlichem. Oczywiście z tego się wyżyć nie da, ale ja nie dla pieniędzy to robię, tylko dla Polski. Mam lokal w Ciechanowie, który wynajmuję. Nieduży, ale ja żyję skromnie.
Pisałem też artykuły o policji. Dla fundacji Eurosec. I wtedy zaczęły się problemy. Grożono mi śmiercią.
- To znaczy?
- Raz, jak szedłem do sklepu, to z pierwszego piętra upuszczono takie gipsowe płyty do zabezpieczania dachu.
Otruto też moją siostrę.
Byłem wtedy w Szwajcarii, opisywałem tamtejsze klasztory dla jednego z polonijnych pism. Wylądowała w szpitalu. Wróciłem, pytałem,
jakie leki przyjmuje, nie chcieli mi powiedzieć. Umarła. Zgłosiłem to do prokuratury,
ABW, CBŚ i nic.
Żona? Nie mam żony. Dzieci zresztą też. To moje aktywne politycznie życie nie pasowałoby do rodziny. Mam przyjaciółkę. W Niemczech. Póki co mówię jej, żeby nie przyjeżdżała, bo to, co się tutaj dzieje, to może być dla niej szok.
- A czym dla pana jest krzyż?
- Symbolem wiary w Boga i jedności narodu. Jedności, bo niezależnie od religii, wyznania, ktoś, kto wierzy w Boga, nie może być złym człowiekiem. Ludzie nie są źli. Ludzie tylko tworzą złe i napięte sytuacje. Jak ci, co tu przychodzą w nocy, co się śmieją, nas obrażają. Nie wiem, może z szatańskiego podszeptu, a może opłacani przez kogoś, próbują podzielić Polaków.
* Warunkiem rozmowy z członkami Ruchu Obrony Krzyża była obietnica autoryzacji wypowiedzi i tytułu. Warunki przedstawił Mariusz Bulski, aktor znany m.in. z występu w filmie "Solidarni 2010"
Źródło: Duży Format